http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dowgielewicz: Unia szczepiona na autodestrukcję

Jacek Pawlicki
2011-12-29, ostatnia aktualizacja 2011-12-29 10:56

Proces pisania nowych traktatów w UE można porównać do linii produkcyjnej w fabryce parówek: produkt finalny jest niezły, ale lepiej nie oglądać, jak to powstaje - mówi "Gazecie" minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz.

Mikołaj Dowgielewicz (z prawej) i duński minister współpracy europejskiej Nicolai Wammen 16 grudnia w Brukseli
Fot. Yves Logghe AP
Mikołaj Dowgielewicz (z prawej) i duński minister współpracy europejskiej...
Jacek Pawlicki: Polską prezydencję w Radzie UE ocenia się w Europie jako udaną, ale zostawiamy Europę w fatalnym stanie. Choć to nie nasza wina, Unia jest na skraju podziału. Jak się pan z tym czuje?

Mikołaj Dowgielewicz, minister ds. europejskich: Problemy strefy euro zaczęły się dużo wcześniej niż polska prezydencja. Lekceważono wspólnie uzgodnione w traktatach zapisy dotyczące dyscypliny finansów. Unia walutowa nie miała realnego oparcia w unii gospodarczej. Wszystko to działo się przez ostatnie dziesięć lat, a nie sześć miesięcy. To były fundamentalne błędy, które strefa euro stara się teraz naprawić.

W tym najbardziej kryzysowym momencie Unii od jej powstania Polska sprawiła się dobrze w roli przewodnictwa, szczególnie jeśli chodzi o podejmowane przez nas próby utrzymania jedności Unii. Dwa wystąpienia premiera Donalda Tuska w Strasburgu, wystąpienie ministra Sikorskiego w Berlinie i polski dokument z grudnia dotyczący jedności i integralności UE stały się ważnymi punktami odniesienia w europejskiej dyskusji.

Niektórzy w Polsce zarzucają nam, że tych koncepcji nie przedstawiliśmy w lipcu? Odpowiedź jest prosta: w lipcu dyskusja w UE była zupełnie inna. Wówczas w kwestii ratowania euro państwa południa i północy Europy oddzielał rów mariański. Kolejne wstrząsy kryzysowe w lecie, październiku, listopadzie doprowadziły do momentu, w którym kryzys euro stal się egzystencjalnym problemem całej Unii.

Postawiliśmy pewne rzeczy bardzo jasno. Wszyscy zapamiętają, że Polska walczyła o jedność Unii podczas swojej prezydencji.

Czego nauczyliśmy się podczas polskiej prezydencji?

- Doświadczenie prezydencji będzie bardzo dobrą lekcją tego, w jaki sposób działać w UE. I to dla wszystkich 1,2 tys. osób uczestniczących w tym przedsięwzięciu: od ekspertów po ministrów. To się przełoży na sprawność działania Polski w Europie w następnych latach. Do DNA polskiej administracji wprowadziliśmy nowy, wzmacniający ją gen europejskiej sprawności.

Prezydencja pomogła wszystkim Polakom lepiej poczuć się w Unii. Cieszy mnie to, że 68 proc. Polaków mówi w sondażu, iż dobrze wypełniliśmy rolę prezydencji. To oznacza także, że Polacy widzą, jak bardzo wypromowała się Polska w czasie tego półrocza jako nowoczesny, dynamicznie zmieniający się kraj mający wiele do zaoferowania, także w dziedzinie kultury. Podczas prezydencji zyskaliśmy spory kapitał polityczny w Europie.

Reputację przewidywalnego kraju, który nie ciągnie tylko w swoją stronę, ale martwi się o innych?

- Tak, pokazały to dobitnie ostatnie tygodnie. Uczestniczymy w dyskusji o traktacie o dyscyplinie finansowej, choć dotyczy on strefy euro.

Ale nie wszystko idzie po naszej myśli...

- Oczywiście są problemy. Ale niektóre założenia tej umowy wyglądają już tak, jak byśmy chcieli: obowiązki dotyczące dyscypliny dopiero od momentu przystąpienia do strefy euro, możliwość uczestnictwa w dyskusji o gospodarce przed przystąpieniem do euro i uczestnictwo w rozmowach dotyczących traktatu.

A zasada jednego stołu, czyli uczestnictwa krajów spoza euro w szczytach eurolandu?

- Zagadnienia koordynacji gospodarczej są otwarte dla krajów sygnatariuszy nowej umowy, także spoza euro. Zgodnie z obecną wersją umowy szczyty strefy euro i spotkania je przygotowujące są zastrzeżone dla krajów eurolandu. Uważamy, że to trzeba zmienić, i to jest jeden z naszych kluczowych postulatów w tych rozmowach.

Czy mamy już wstępne rozliczenie budżetu polskiej prezydencji w Radzie UE, czyli tych 430 mln zł?

- Według wstępnych szacunków, bo ostateczne rozliczenie będzie gotowe do końca pierwszego kwartału 2012 r., zaoszczędziliśmy co najmniej 10 mln z 380 mln, które poszły na prezydencję z budżetu państwa. Jak wiadomo 50 mln pochodziło z programów pomocowych UE.

Programy prezydencji są koordynowane przez trójkę kolejnych krajów UE sprawujących po sobie przewodnictwo. Co uzgodniliśmy z Duńczykami, którzy wypadają po nas.

- 10 stycznia minister ds. europejskich Danii będzie w Polsce, dzień później premier Tusk weźmie udział w inauguracji prezydencji duńskiej w Kopenhadze.

Liczę na to, że Duńczycy dobrze poprowadzą dalej rozpoczęte przez nas rozmowy w sprawie budżetu UE na lata 2014-20. Mam nadzieję, że będą równie aktywni jak my, jeśli chodzi o obronę jedności europejskiej.

Polska teraz zmienia rolę i nie krępując się ograniczeniami prezydencji, może zacząć twardo walczyć o swoje. Duńczycy mają do czerwca położyć na stole propozycję kompromisu. Co nas teraz czeka?

- Rzeczywiście Duńczycy chcą przygotować tzw. negotiating box, czyli kompromisową propozycję podziału środków budżetowych. Rozgrywka budżetowa będzie bardzo trudna i, jak zwykle, Unia pokaże przy tej okazji swe najgorsze oblicze. Bo Unia zawsze kłóciła się o pieniądze, a teraz jest przecież bezprecedensowy kryzys w strefie euro.

Mam nadzieję, że Duńczycy podejdą do tych rozmów tak jak my, zachowując bezstronne podejście i będą trzymali się propozycji Komisji Europejskiej z czerwca 2011 r. Są świetnie przygotowani i mają ogromne doświadczenie, bo to już ich siódma prezydencja.

Polska w czasie tych negocjacji będzie bronić najbardziej prorozwojowej polityki w UE, jaką jest polityka spójności, i starać się o bardziej sprawiedliwy rozkład płatności w polityce rolnej Unii. Chcielibyśmy też, aby budżet na politykę sąsiedztwa UE był bardziej ambitny.

Jeśli się nic nie zmieni w Unii następna polska prezydencja wypadnie za 14 lat w 2025 r. Pobawmy się w futurologię: jaka to będzie prezydencja? Być może w ogóle nie będzie już prezydencji...

- Może być różnie, ale uważam, że mylą się ci wszyscy, którzy wieszczą koniec systemu prezydencji rotacyjnej. Ktoś w Unii musiałby przejąć funkcje przewodniczącego Rady UE. A nie wszyscy chcieliby, aby przejęła tę rolę Komisja Europejska. Ten, kto inicjuje, nie może przecież potem przewodniczyć w obradach na temat własnych inicjatyw. Zdrowa zasada podziałów obowiązków wymaga tego, by zachować prezydencję rotacyjną.

Co do polskiej prezydencji w 2025 r., to myślę sobie, że wiele z tych osób, z którymi dziś współpracowałem w Polsce przy obecnej prezydencji, będzie przy następnej, co napawa mnie optymizmem.

Jeśli chodzi o przyszłość, to myślę, że Unia Europejska jest skazana na sukces. Na Starym Kontynencie nikt nie wymyślił dotąd i nie wymyśli niczego lepszego niż Unia. UE przechodziła już w swej historii bardzo trudne kryzysy polityczne, np. w latach 60. w Unii sześciu wówczas krajów Francja bojkotowała obrady rady ministrów; była to tzw. polityka pustego krzesła. Z kolei na przełomie lat 70. i 80. Unię dopadła tzw. euroskleroza. Kiedy w latach 90. rozpoczęła się wojna na Bałkanach, UE ogarnął paraliż i strach.

Unia ma szczepionkę przeciw autodestrukcji, która teraz też zadziała i Europa wyjdzie z tego kryzysu wzmocniona. Proces pisania nowych umów w Unii nie jest być może bardzo piękny; można go porównać do linii produkcyjnej w fabryce parówek: produkt finalny jest niezły, ale lepiej nie oglądać, jak to powstaje.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1