Jacek Pawlicki: Jak ocenia pan polską prezydencję w Radzie UE? Paweł Świeboda, szef Centrum Strategii Europejskiej DemosEuropa: To była solidna, menedżerska prezydencja.
Polska zarządzała wszystkimi procesami w Unii niezwykle sprawnie. W Europie nie spotkałem się z żadnymi krytycznymi uwagami pod adresem prezydencji, wręcz przeciwnie - wszyscy raczej wyrażają zachwyt nad tym, w jaki sposób Polska panowała nad tym, nad czym mogła.
Wyjąwszy kryzys, gdyż nad nim nikt nie panował. - Zgadza się, ale panowaliśmy nad bieżącym procesem legislacyjnym, nad ważnymi dyskusjami, jak np. perspektywa finansowa na lata 2014-20. Na pewno nikomu nie nadepnęliśmy na odcisk, w paru może kwestiach byliśmy blisko...
A konkretnie? - Np. w dyskusji o budżecie Unii. Wiele państw płatników do unijnego budżetu nerwowo zareagowało na raport polskiej prezydencji o rozmowach budżetowych za to, że wymienia potrzeby państw członkowskich. A to prowadzi do wniosku, że niezbędny jest większy budżet, aby te potrzeby zaspokoić.
Niektórzy uważają wprost, że Polska nadużyła w tej kwestii pozycji prezydencji, choć przyznają, iż zrobiła to w białych rękawiczkach, bo trudno zarzucić stronniczość przeglądowi stanowisk negocjacyjnych. Płatnicy woleliby oczywiście zacząć od dyskusji o limicie wydatków i na tej podstawie dojść do obszarów finansowania.
Czy nie jest tak, że w lipcu rząd w sprawie prezydencji rozbudził oczekiwania, których potem nie mógł zaspokoić - choćby z powodu kryzysu euro? Przykład to niespełniona obietnica, że podejmiemy debatę o wzroście gospodarczym w Unii. - To prawda. Rola prezydencji w polskiej kampanii wyborczej bardzo szybko się zmieniła. Z atutu dla rządu prezydencja stała się szybko kulą u nogi. To przełożyło się na bardziej wycofaną postawę Polski w roli przewodniczącego - nacisk poszedł na płynność procesów, a nie na wielkie projekty polityczne.
Druga sprawa to przebieg kryzysu w strefie euro - choć nie spełniły się najczarniejsze scenariusze, wciąż jest blisko katastrofy. Sprawiło to, że musieliśmy obniżyć poprzeczkę i zająć się zarządzaniem procesami w UE. To też miało swoją wartość, bo pokazywało, że mimo kryzysu w wielu sprawach Unia idzie do przodu.
Czy nie można było odważniej podnieść na forum Unii problemu wzrostu gospodarczego? - Zdecydowanie można było. To zaprzepaszczona szansa. Polska mogła z powodzeniem wylansować ten temat.
Bo same tylko cięcia i dyscyplina budżetowa nie doprowadzą do wyjścia z kryzysu... - Tak. Można było połączyć wodę z ogniem, czyli wszcząć dyskusję o tym, jak ciąć wydatki, by jak najmniej dotykało to wzrostu gospodarczego. Jedynym wydarzeniem był dosyć skromny październikowy raport o wzroście gospodarczym w UE...
...który zniknął pod naporem bieżących wydarzeń. - Niestety, raport był zbyt techniczny, pozbawiony politycznego tła, więc przepadł bez większego echa.
W polityce zagranicznej też nie wszystko udało się załatwić, choć nie z naszej winy. Schengen dalej jest zamknięte dla Rumunii i Bułgarii, Serbia nie dostała statutu kraju kandydującego do UE, a Ukraina nie podpisała umowy stowarzyszeniowej z UE. - W przypadku Ukrainy Europa przegapiła moment przed aresztowaniem b. premier Julii Tymoszenko, kiedy napięcie w Kijowie rosło i kiedy było już wiadomo, jak to wszystko się skończy. Od lat wiedzieliśmy przecież, jak wiele agresji było między prezydentem Wiktorem Janukowyczem a byłą premier Tymoszenko. Od początku lipca przez sześć tygodni to napięcie narastało, i wtedy trzeba było wkroczyć do akcji.
Od aresztowania Tymoszenko Janukowycz wspina się na coraz wyższe drzewo, z którego nie wie, jak zejść. W jego rozumieniu polityki nie można przecież odpuścić swojej głównej rywalce. Sytuacja jest więc patowa. W takich warunkach prezydencja zrobiła, co mogła - umowa stowarzyszeniowa jest gotowa. Zabrakło działań prewencyjnych.
Rozszerzenie nie stało się naszym priorytetem - zapomnieliśmy o tym po wstąpieniu do UE. Sprawa śladowo wróciła w trakcie prezydencji za sprawą traktatu akcesyjnego Chorwacji, ale w zakończenie negocjacji większy wkład niż Polska wnieśli Węgrzy sprawujący prezydencję przed nami.
A w przypadku Schengen Polska zderzyła się z rosnącym w siłę populizmem, np. w Holandii czy Finlandii... - Dla populistów Schengen jest łatwym celem, bo to projekt niedokończony - brakuje drugiej nogi w postaci wspólnej polityki imigracyjnej. W Europie zawsze było dużo nieufności do Schengen. Trzeba było może podjąć fundamentalną dyskusję na temat braków Schengen, a nie traktować problemu Bułgarii czy Rumunii jako jednego punktu z listy priorytetów.