http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kredyt jak jogurt

Maciej Bednarek
2011-12-01, ostatnia aktualizacja 2011-12-01 11:58

Tysiąc złotych pożyczone od jednego banku wygląda dokładnie tak samo jak pożyczone w innej instytucji. Podstawowa różnica to cena. Dlaczego za taki sam towar potrafimy zapłacić dwa, a nawet trzy razy więcej niż u konkurencji?

Pieniądze
Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja
Pieniądze
Przez najbliższe cztery czwartki w ramach cyklu "Pożyczaj z głową" będziemy zaglądać do wnętrza kredytów gotówkowych. Spróbujemy uświadomić wam, że kredyt podobnie jak jogurt, telewizor czy odkurzacz to też towar. Warto poświęcać mu jednak więcej uwagi, bo dla wielu osób nadal jest to towar trudny w obsłudze.

W pierwszym odcinku pokażemy, co składa się na cenę kredytu, jak porównać jego koszt w różnych bankach oraz jak unikać pułapek zastawianych przez banki czy firmy pożyczkowe.

Za tydzień wyjaśnimy, czym jest zdolność i wiarygodność kredytowa oraz jaki mają one wpływ na to, ile pieniędzy bank może nam pożyczyć, na wysokość oprocentowania i inne opłaty. Przyjrzymy się też bliżej tzw. systemom scoringowym.

W kolejnym odcinku opowiemy o tym, jakie prawa przyniesie klientom instytucji finansowych wchodząca w życie za kilka tygodni nowa ustawa o kredycie konsumenckim, oraz podpowiemy, jak negocjować z bankiem warunki kredytu. W ostatnim odcinku poradzimy tym, którzy wpadli w finansowe tarapaty i nie radzą sobie ze spłatą długów.

Jeśli kredyt, to droższy

Wyobraź sobie, że robisz zakupy spożywcze w supermarkecie. Na liście zakupowej znajduje się jogurt. Na półkach stoi ich jednak tyle, że nie wiesz, który wybrać. Nie znasz się na jogurtach, nie znasz ich producentów, zaczynasz więc porównywać ich skład, masę itd. Po chwili namysłu bierzesz pod uwagę już tylko dwie marki: jogurt A lub B. Właściwie różnią się tylko ceną. Jeden kosztuje 2 zł, drugi 3 zł.

Co zrobisz? Jeśli nie jesteś przywiązany do marki (a to założyliśmy), prawdopodobnie do koszyka wrzucisz tańszy produkt. Różnego rodzaju eksperymenty badające nasze zakupowe zachowania potwierdzają zresztą, że nadal głównym kryterium wyboru jest cena.

Wyobraź sobie teraz, że nie potrzebujesz jogurtu, ale kredytu. To w końcu też towar, tyle że inny. Zamiast czegoś do picia z żywymi kulturami bakterii w środku kupujesz np. 1 tys. zł, który będziesz musiał oddać w ciągu roku. Za taką pożyczkę tak jak za jogurt musisz zapłacić. W jednym banku będzie cię to kosztować np. 100 zł, w innym 200 zł, a w jeszcze innym 500 zł.

Na pytanie: "Który tysiąc złotych kupisz?", raczej na pewno odpowiesz: "Ten za 100 zł". W porównaniu z jogurtem wybór pozornie wydaje się prostszy, bo tysiąc złotych kupiony w jednym banku jest dokładnie taki sam jak w innym: dziesięć banknotów o nominale 100 zł lub - w formie elektronicznej - jedynka i trzy zera na koncie. Tymczasem jogurty różnych marek mimo podobnego składu i ceny mogą różnić się smakiem, konsystencją itd. W przypadku kupowania kredytu zazwyczaj liczy się tylko cena.

Dlaczego więc często pożyczamy (czytaj: kupujemy pieniądze) tam, gdzie jest drożej? Za dokładnie ten sam towar potrafimy zapłacić nawet kilka razy więcej?

Przepłacamy za jakość

Odpowiedzi jest co najmniej kilka. Na zakupy spożywcze zwykle idziemy do jednego sklepu. W jednym miejscu, stojąc przed sklepową półką z jogurtami, możemy je spokojnie obejrzeć, porównać informacje na etykietach. Kredytów oferowanych przez różne banki nie znajdziemy na jednej półce z przyczepionymi do nich cenami.

Ktoś może oczywiście zaprotestować: a internetowe porównywarki kredytów, które pod jednym dachem gromadzą kilkanaście bankowych ofert? To prawda, w ostatnich latach na polskim rynku pojawiło się całkiem sporo takich narzędzi. Są przydatne, ale mają wady. Jedną z nich jest to, że właśnie podczas porównywania pożyczek nie sprawdzają się najlepiej. Dlaczego?

Banki przy ustalaniu ceny kredytu coraz częściej korzystają z tzw. systemów scoringowych. Na podstawie informacji o kliencie system ocenia, jakie jest ryzyko, że nie spłaci on kredytu. Od tego ryzyka banki często uzależniają np. wysokość oprocentowania (większe ryzyko - wyższa cena kredytu). W praktyce do tego samego produktu (np. pożyczenia 1 tys. zł) może być więc przyklejony inny cennik, bo zależy nie tylko od produktu, ale też od tego, kto chce kupić.

Kolejnym, chyba najważniejszym powodem, dla którego przepłacamy, jest sposób, w jaki podawana jest cena kredytów. Nie oszukujmy się - dla wielu osób jest to po prostu niezrozumiałe.

Kupując jogurt, wiemy na pewno, że zapłacimy za niego np. 2 albo 3 zł. W przypadku pożyczki mamy do czynienia z odsetkami, prowizją, opłatą przygotowawczą, za "administrację kredytem" i wreszcie - z ubezpieczeniami. Kredyt z niskim oprocentowaniem, ale z dodatkowo płatnym ubezpieczeniem może będzie droższy od pożyczki w banku, który nie wymaga wykupienia polisy, ale ma wysokie oprocentowanie.

Banki mają co prawda obowiązek podawać koszt pożyczki w formie tzw. rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (w skrócie RRSO), ale czy da się to uczciwie przedstawić w reklamie? RRSO dla różnych parametrów (kwota kredytu, okres kredytowania) będzie przecież inne. W reklamie najprawdopodobniej zobaczymy przykład supertaniej oferty, w praktyce będzie ona jednak zarezerwowana tylko dla garstki klientów, którzy spełnią wyśrubowane wymagania banku.

Dlaczego jeszcze godzimy się przepłacać? Tysiąc złotych jest taki sam w każdym banku, ale dla wielu konsumentów liczy się opakowanie: marka banku, w którym pożyczają pieniądze, szybkość uzyskania pożyczki, kanał dystrybucji (np. możliwość wzięcia kredytu przez internet, bez konieczności odwiedzania placówki bankowej), jakość obsługi, atmosfera (np. kawa dla klientów) czy zaufanie do danej instytucji finansowej.

Często wolimy wziąć kredyt w banku, z którego usług korzystamy od kilku lat. To dla wielu z nas wartość dodana, za którą być może warto zapłacić nieco więcej. Ważne jednak, by mieć świadomość tego, ile za kredyt płacimy - czy to dużo, czy mało.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1