http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Portrety >  Janusz Kochanowski

A A A

Kochanowski o Częstochowie

red
2010-04-10, ostatnia aktualizacja 2010-04-11 12:24

O mieście należy myśleć w skali europejskiej, żeby przeskoczyć polski prowincjonalizm - mówił Janusz Kochanowski, rzecznik praw obywatelskich. Rozmowa z nim ukazała się w "Gazecie" 1 marca 2007 roku.

Janusz Kochanowski, tragicznie zmarły Rzecznik Praw Obywatelskich
Fot. S3awomir Kaminski / Agencja Gazeta
Janusz Kochanowski, tragicznie zmarły Rzecznik Praw Obywatelskich
Jarosław Sobkowski: Czym jest dla Pana Częstochowa?

Janusz Kochanowski: To było zawsze moje centrum do czasu, gdy żyli rodzice. Do połowy lat 70. To tu odzyskiwałem spokój, przyjeżdżałem "ogrzać się". Wyjechałem z miasta prawie pół wieku temu, w 1957 roku, na studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Teraz bywam tu często, ale głównie na cmentarzu Kule. Uczestniczę też chętnie w Światowych Zjazdach Częstochowian.

Związał się Pan z tą społecznością: częstochowian poza Częstochową.

- Tak, nasze kontakty zacieśniły się. Zjazdy są wielką zasługą władz miasta i prezydenta Wrony. Podczas pierwszego, parafrazując wypowiedź prezydenta Kennedy'ego, powiedziałem: "Nie pytajcie, co Częstochowa może zrobić dla was, ale co wy możecie zrobić dla Częstochowy". To było swoiste wezwanie skierowane do ludzi, którzy czują się częstochowianami, by wspólnie pracować dla dobra tej społeczności. Podczas kolejnego zjazdu, który odbywał się tuż przed ubiegłorocznymi wyborami, uznałem, że powinienem zabrać głos w sprawie lustracji kleru i zaangażowania się Kościoła w wybory. Stwierdziłem, że "ołtarz nie powinien być bliski tronowi". Choć spotkało się to z różnymi, czasem niechętnymi reakcjami, myślę, że te słowa mogły paść tylko tu, w Częstochowie. Stąd właśnie wyniosłem wiarę, a jednocześnie sceptycyzm wobec osób zakonnych. Wzrastałem w szeleście sutann. Chodziłem do zakonnego przedszkola, mama ukończyła szkołę zakonną. Wyniosłem stąd głęboką wiarę, ale i antyklerykalizm, tak charakterystyczny dla tego miasta. To oswojenie z duchownymi przydawało mi się w kontaktach dyplomatycznych.

Czy Pana zdaniem to miasto ma jakiś niepowtarzalny charakter?

- Częstochowa dla mnie, poza rodziną, to Jasna Góra. W latach 50.,60. klasztor, ale i inne kościoły odgrywały tu rolę ośrodków walki. Głośne były kazania ks. Wróbla w katedrze czy ks. Ratusznego. Kiedyś pielgrzymi to byli ludzie prości, w większości chłopi, którzy potrzebowali jasnych wzorów. Pamiętam, jak w 1966 roku przyjechałem z Warszawy do Częstochowy na obchody 1000-lecia Chrztu Polski ze swoim ówczesnym guru - profesorem Jakubem Sawickim. Był 3 maja. Szliśmy Alejami, a w oknach portrety Gomułki pozostałe po 1 maja. W tych samych mieszkaniach, ale w innym oknie portret Matki Boskiej Częstochowskiej w kwiatach i lampkach. Raz Gomułka, raz Maria. I tak przez całą II i III Aleję. To specyficzne miasto, gdzie ludzie najpierw spełnili obowiązek wobec władz, a potem obowiązek duchowy i patriotyczny. Same Aleje są też ewenementem. Przez lata nikt nawet nie myślał, by zmienić ich nazwę na Bieruta czy Stalina.

Jakie kierunki rozwoju dostrzega Pan dla Częstochowy?

- Mimo wysiłków nie wykorzystuje się potencjału Jasnej Góry. Dla miasta nie widzę innych szans rozwoju, jak te związane z klasztorem. To naturalne. Próby rozwijania wielkiego przemysłu były i są nienaturalne. Należy myśleć w skali europejskiej, jak o Lourdes, Rzymie czy Jerozolimie. Europeizowanie Częstochowy to wpisanie jej w ten nurt, żeby przeskoczyć prowincjonalizm tak Warszawy, jak i Polski. Bo to miasto jest prowincjonalne. Trzeba pomyśleć o rozwiązaniach ponadregionalnych, choćby o lotnisku dla tanich lotów, żeby rozwijać się mogła turystyka pielgrzymkowa.

Pan sam wyjechał jednak z tego miasta.

- Tak, uciekłem z Częstochowy i nie mógłbym już tu wrócić. Uciekłem, bo mój dom był zbyt ciepły i opiekuńczy, a ja poszukiwałem wyzwań. Kiedyś mój ojciec wyjechał z Radomska do Częstochowy, by podjąć takie wyzwania. Moja córka mieszka w Londynie, a syn w Brukseli. Każdy idzie dalej, szuka nowych możliwości.

Źródło: Gazeta Wyborcza Częstochowa
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Partie kobiet nie biorą

Na listach PO i PiS do samorządów jest niewiele więcej kobiet niż cztery lata temu. Trochę lepiej jest w SLD