http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Piotr Pacewicz >  Teksty

A A A

Więcej rodzin!

Marta Konarzewska
2011-06-09, ostatnia aktualizacja 2011-06-09 16:17

Parada Równości w Warszawie
Parada Równości w Warszawie
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Wszyscy żyjemy w normie hetero. I, jak rozumiem, według polityki konserwatywnej tak ma pozostać. Rozumiem. Bo etos heteronormy to gwarancja stabilizacji społecznej oraz ochrona polskich katolickich wartości. Rodzinność, rodzimość, rodzicielstwo, rodzina.

ZOBACZ TAKŻE
Heteronormatywny nie znaczy jednak, jak wielu i wiele z nas mogłoby sądzić, heteroseksualny. Nie. Cząstka hetero odnosi się do pewnego układu rozumianego jako relacja intymna dwóch różnych osób (domyślnie: kobiety i mężczyzny). Jako instytucja nosi on najczęściej nazwę małżeństwo. Cząstka normatywny mówi nam tyle, że takie oto relacje produkują społeczną normę, poza którą nie powinno się wykraczać.

Immanuel Kant powiedział kiedyś raz a dobitnie: Małżeństwo to kontrakt. Kontrakt między kobietą i mężczyzną na wzajemne używanie swoich narządów płciowych. Narząd męski wiadomo, do czego służy. Narząd kobiecy - też wiadomo, do przyjmowania nasienia. Oba razem służą więc prokreacji (to przywołuje rodzime wartości: rodzicielstwo, rodzina).

Immanuel Kant żył w XVIII w. Dziś znamy także inne metody zapłodnienia, realizacji rodzicielstwa, a także (nie bądźmy, niczym Kant, pruderyjni) znamy też inne niż biologiczne narzędzia przyjemności. Zostawmy więc na chwilę w spokoju narządy. Zostawmy też w spokoju kobietę i mężczyznę. Skupmy się na małżeństwie.

Jest to kontrakt między dwojgiem ludzi usankcjonowany przez prawo, chroniony przez państwo, ale też przez to państwo kontrolowany. Układ ten - niezależnie od płci związanych nim osób, niezależnie także od nazwy, jaką go opatrzymy (bo może być przecież "związek partnerski", albo nawet jeśli ktoś woli - "rozwiązek z Sodomy") - jako instytucjonalizacja miłości i rozkoszy służy pro-kreacji i kreacji tego, co nazywamy rodziną.

Powiecie państwo, że z racji dysproporcji wspomnianych wcześniej (wrócimy do nich na chwilę) narządów istnieje także dysproporcja między związkiem dwóch osób przeciwnej i tej samej płci. Oraz że związek kobiety i mężczyzny jest w stosunku do związku dwóch kobiet lub dwóch mężczyzn pewnym oryginałem, którego homo relacja jest słabą jedynie kopią. Zgoda. Homo imitacja związku hetero, nawet jeśli niedoskonała, pozostaje imitacją (czy też: wersją) swojego wzorca. Heteronormatywnego wzorca - podkreślam, poza który nie wykracza. Przeciwnie - chce (nawet jeśli powiemy, że nieudolnie) go doścignąć. Jest więc z gruntu heteronormatywna.

Nie rozumiem więc lęku o polską kulturę heteronormatywnych wartości, o zagrożenie polskiej tradycji przez projekt związków partnerskich, który jest projektem - jak widzimy - na wskroś normatywnym, na wskroś tradycjonalnym, a przede wszystkim na wskroś prorodzinnym.

Nie widzę powodu, dla którego marszałek Niesiołowski, jak się wyraził: "zrobi wszystko, aby odrzucić, nie wpuścić do debaty" projektu ustawy tak konserwatywnego jak ten, który proklamuje kolejną formę zdyscyplinowanej relacji intymnej.

Więcej rejestrowanych układów! - winno się domagać konserwatywne państwo i jego orędownicy. Mniej nieuporządkowanych relacji! Więcej odpowiedzialnych obywateli i obywatelek! Odpowiedzialnych za siebie, za nas, za nasze emerytury i za przyszłe pokolenia. Więcej rodzin!

Niektórzy nie chcą żyć w heteronormie. Wtedy są queer. Nazywają się odmieńcami. Decentralizują i unieważniają kategorie płciowe i seksualne, dokonują seksualnych i płciowych transgresji. Mówią: Nic państwu do tego, kim jestem, z kim jestem i jak jestem. Są rebelianccy. I'm here I'm queer. Get used to it - krzyczeli, przecinając te hasła wulgarnymi wtrętami, amerykańscy działacze w latach 80.

Niektórzy dziś krzyczą tak w Polsce. Niektórzy nie chcą kopiować heteronormatywnych wzorców. Odtwarzać opresyjnych - ich zdaniem - rytuałów społecznych, dla których niedoścignionym wzorem pozostaje małżeństwo.

Poliamoria!, krzyczą, otwarte związki! "Chcę uprawiać seks z każdym z was. I co Państwu do tego"?

Prawno-społeczna instytucja rejestrowanych związków stanowi mechanizm nadzoru i regulacji prywatnego życia obywateli - tak piszą ci, którzy wyrażają postulaty queer językiem akademickim.

To rodzaj inżynierii społecznej. Za sprawą aparatu administracji państwowej wywiera się wpływ na sferę przyjemności. To mechanizm wiedzy/władzy, narzędzie kontroli - Odmieńcy na pewno nie są prorodzinni. Ani też pro-rodzimi. O nie! To oni są "niebezpiecznym Obcym" i tym "niebezpiecznym Obcym" pragną pozostać.

Nadszedł czas, aby się zastanowić: Czy Państwo - Państwo Polskie - chce mieć kontrolę nad obywatelami? Czy chce ją utracić? Czy chcemy likwidować szare strefy, punkty rebelii? Czy chcemy je mnożyć? Chcemy regulacji życia intymnego? Czy chcemy erotycznej anarchii?

Jak wszyscy wiemy, w polskiej polityce dominuje konserwatyzm. W polskim społeczeństwie, jak się podkreśla - też.

Dlatego odpowiadam: konserwatywne państwo polskie nie może pozwolić sobie na to, by w ponad dwumilionowej grupie jego obywateli dłużej dominował chaos, rozprzężenie i poza-formalne relacje. Nie powinna do tego dopuścić polityka prorodzinna.

Dziś mówi się wiele o kryzysie rodziny (zagrażają jej single, rosnąca ilość rozwodów, tzw. sekskumpelstwo). Co zrobić, żeby Polacy mieli więcej dzieci? - zastanawiano się całkiem niedawno na łamach "Gazety Wyborczej". (Czy muszę tu nachalnie podpowiadać, jak wiele osób homoseksualnych pragnie żyć na wzór par hetero, wychowując dzieci?)

Czy odpowiedzialne państwo nie powinno się zająć społeczeństwem w kryzysie? Czy nie powinno doprowadzić do zacieśniania nadwątlonych więzi rodzinnych?

Posłowie i posłanki z ramienia partii konserwatywnych!

Uporządkujmy to, co nieuporządkowane! Przypadkowo budowane relacje, niekontrolowane związki, chaos w sferze intymnej, samowola: ta anarchia społeczna nie może już dłużej trwać!

Kryzys więzi rodzinnych jest stanem realnym. Apeluję więc, powołując się na dzisiejsze słowa marszałka Niesiołowskiego: "to realnymi (a nie wymyślonymi) problemami należy się zajmować".

Dość! Nie pozwólcie, aby polskie ustawodawstwo dłużej tak uporczywie i konsekwentnie (odmawiając związkom partnerskim) odmawiało bycia ustawodawstwem prorodzinnym!

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Partie kobiet nie biorą

Na listach PO i PiS do samorządów jest niewiele więcej kobiet niż cztery lata temu. Trochę lepiej jest w SLD