9 listopada grupa obrońców Puszczy Białowieskiej przykuła się do bramek w holu głównym siedziby Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych i drzwi wejściowych do budynku. Domagali się przestrzegania prawa, zaprzestania wycinki, objęcia całej Puszczy Białowieskiej parkiem narodowym, a przede wszystkim spotkania z kimś z Dyrekcji Lasów Państwowych.

Lasy Państwowe nie wyraziły woli podjęcia rozmów z protestującymi, którzy domagają się ich od wielu miesięcy. Choć protest był pokojowy, do pacyfikacji aktywistów stawiających bierny opór wysłano 18 radiowozów oraz 80 policjantów i strażników leśnych.

 - Wyciągnęli nas z budynku, postawili pod ścianą. Potem skuli nam ręce z tyłu kajdankami i zaczęli ładować do furgonetek jak przestępców - opowiada Kasia, jedna z aktywistek

24 uczestników protestu przewieziono na komendę przy ul. Opaczewskiej. Tam zaczęły się przeszukania. „Odebrano mi bieliznę, bo według policjantki zachodziło prawdopodobieństwo, że powieszę się w areszcie. Sprawdzano również ręką, czy nie ukrywam żyletek i innych ostrych narzędzi w pochwie lub odbycie”. Przeszukania z powodu liczby zatrzymanych prowadzone były w toaletach dostępnych dla osób postronnych. Zatrzymane mówią o funkcjonariuszach przeciwnej płci wchodzących do pomieszczeń podczas przeszukania. Kilka osób przeszukiwano i przesłuchiwano bez zdjęcia kajdanek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej