„Wolność, rozwój, demokracja” (wyd. Czerwone i Czarne) to historia polskiego liberalizmu: od sejmowego wystąpienia w grudniu 1989 r., gdy Leszek Balcerowicz przekonywał do swojej wizji reform gospodarczych, po pisaną w tym roku krytykę rządów PiS.

Znajdziemy w tej książce zestaw standardowych peanów na cześć wolnego rynku, niskich podatków i państwowych oszczędności, który słyszeliśmy już setki razy przy setkach okazji.

Czy warto więc to czytać? Okazuje się, że tak, bo można się z tej książki dowiedzieć, co działo się w głowach liberałów przez ostatnie trzy dekady. Dokładniej, że nic się tam nie zmieniło.

Przerzucając kolejne strony książki, ma się wrażenie, że czyta się tę samą, bo z upływem lat poglądy w niej zawarte nie ewoluują. Ani pierwsze efekty transformacji, ani późniejsze zwycięstwo postkomuny, ani wybuch globalnego kryzysu, ani triumfalny pochód PiS absolutnie nie tylko nic w myśleniu Balcerowicza nie zmieniły, ale nawet lekko nie zmodyfikowały jego przekonań.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej