- Właściwie dlaczego nie mogę mieć pięknej sesji, bo co, bo mam raka? - przeczytaj rozmowę z Katarzyną Talarczyk
O niektórych ludziach mówi się, że są wulkanami energii. Kasia była jak sto takich wulkanów. Zawsze uśmiechnięta, potrafiła doprowadzić nas do łez dowcipami o swej chorobie i swych problemach życiowych. Nie znosiła ponuraków. Zawsze w każdej sytuacji szukała pozytywów. Kochała nas, a myśmy garściami czerpali z jej radości.
Wychowała dwie córki, rozkochała w sobie morze facetów. W "Gazecie" była opiekunką dziennikarzy i redaktorów. Gdy byliśmy przygnieceni nadmiarem kłopotów, Kasia pojawiała się jak huragan zmywając ponuractwo i dzieląc się z nami swym niewiarygodnie wielkim optymizmem.
Gdy zachorowała, nie poddała się ani na sekundę. Walczyła dosłownie do ostatniej minuty. Gdy widziałem ją po raz ostatni na kilkanaście dni przed śmiercią, przepraszała mnie, że już tak długo choruje i obiecała, że wkrótce wróci do pracy.
Swą siłę życia i odwagę pokazała, gdy wpadła na pomysł niezwykłej sesji fotograficznej dla "Wysokich Obcasów". Będąc już bardzo chorą, po kolejnej chemioterapii, sfotografowała się taką, jaką była - jako piękna i zawsze pogodna dziewczyna, dla której rak nie był wystarczającym powodem, by nie wyglądać olśniewająco.
Wiem, że i ta sesja, i towarzysząca jej rozmowa, i jej ciepły, godny wywiad dla "Dzień Dobry TVN" przeprowadzony zaledwie trzy miesiące przed śmiercią pomogły wielu kobietom. Każdy jej dzień w "Gazecie" dawał więcej nam niż jej. Mam niestety wrażenie, że nie oddaliśmy jej nawet połowy z tego, co ona dała nam.