Mam żal do Kaczyńskiego
Kiedy poznał pan Mariana Terleckiego?
Arkadiusz Rybicki, poseł PO: Ojej, bardzo dawno, bo jeszcze w liceum. On co prawda chodził do "Topolówki" a ja do "Jedynki", ale spotkaliśmy się u dominikanina ojca Ludwika Wiśniewskiego.
On też był taki nieprawomyślny?
- Tak. Z tym, że ja miałem zacięcie do polityki, on bardziej interesował się kulturą. Najpierw założył grupę teatralną Alef i wystawił sztukę na podstawie "Bram raju" Jerzego Andrzejewskiego. Miał talent reżyserski. Lubił eksperymentować. Wymyślił sobie na przykład, że będziemy rozbierać się za takim ekranem, tak by publiczność widziała tylko cienie. Niektórzy z nas zrezygnowali wtedy z udziału w tej sztuce.
Był pewny w siebie?
- Gdy dowiedział się, że w Sopocie na wakacjach jest Andrzejewski, zarządził, że jedziemy się do niego poznać. Tak go upiliśmy, że pisarz wywołał awanturę z milicjantami. Wykrzykiwał: "Ja znam Cyrankiewicza, to dupiarz". Razem z Marianem byliśmy przerażeni. Ale jakoś nas nie zaaresztowali.
Jak wybuchła Solidarność obydwaj pracowaliście w Biurze Informacji Prasowej Solidarności.
- Tak to była taka nasza agencja prasowa. Ale mieliśmy ciągle kłopoty z przekłamywanymi relacjami telewizyjnymi. Marian wpadł wtedy na pomysł, żebyśmy zrobili własną telewizję. Namówił Wałęsę, żeby załatwił sprzęt od zachodnich związków zawodowych. Wałęsie pomysł się spodobał i bardzo szybko do Polski przyszła kamera Sony, zestaw montażowy i sto kaset. Strasznie drogi sprzęt, zupełnie poza naszym zasięgiem finansowym. Dzięki temu Terlecki zrobił jeszcze przed stanem wojenny tony materiałów, m.in. ze zjazdu Solidarności. Do dzisiaj zachowały się unikalne zdjęcia z dyskusji Wałęsy z Frasyniukiem czy Gwiazdą. Marian nakręcił też wtedy swój pierwszy film. Nazywał się "Kandydat". Było to oczywiście o Lechu Wałęsie jako kandydacie na przewodniczącego związku.
Co robił w stanie wojennym?
- Ukrywał się. Udało mu się ocalić kamerę. To był przypadek, bo oni z działu telewizyjnego mieli swoją siedzibę w Oliwie. Tamte lokale nie zostały przeszukane w noc wprowadzenia stanu wojennego. Następnego dnia oni wynieśli ją stamtąd i schowali u księży palotynów we Wrzeszczu. Po 21 miesiącach w 1983 roku się ujawnił wraz z większą grupą ludzi z RMP. Doszliśmy wtedy do wniosku, że dalsze ukrywanie nie ma sensu, bo na to tracimy całą energię. Marian zaczął wtedy kręcić materiały z demonstracji itd. Znów powstawały unikalne zdjęcia dokumentalne z tamtych czasów.
Kręcił tą samą kamerą sony?
- Tak. Ale bezpieka w końcu zorientowała się, gdzie ona jest, Marian został aresztowany. Przesiedział w śledztwie 16 miesięcy, bez wyroku. Wyszedł dopiero w 1986 na mocy jakiejś amnestii.
I wtedy powstało Video Studio Gdańsk?
- Po wyjściu Marian skrzyknął swoich dawnych współpracowników. Potem poprosił arcybiskupa Gocłowskiego o powołanie Działu Dokumentacji Diecezjalnej.
Czyli takiej kościelnej przykrywki?
- Tak jest. Biskup się zgodził. Z tego potem powstało Video Studio Gdańsk. Żyli z dystrybucji amerykańskich filmów. I kręcili swoje własne. Marian nakręcił wizytę papieża, zrobił film o Kisielu. Potem poszedł do TVP. To był bardzo kreatywny człowiek, zawsze w poprzek, myślący inaczej i człowiek o świetnych pomysłach.
Jest jedna rzecz, którą muszę dzisiaj powiedzieć. Mam żal do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Rok temu odznaczył wszystkich pracowników Video Studio Gdańsk. Za wyjątkiem Mariana. Jest mi przykro, bo tego nie da się już odrobić. Tym niemniej wraz z grupą przyjaciół zwrócimy się do prezydenta Kaczyńskiego, by odznaczył go pośmiertnie.
To był najlepszy okres telewizji Gdańsk
Marek Sterlingow: Marian Terlecki przyszedł do gdańskiej telewizji w styczniu 1990 z misją jej "uwolnienia".
Marek Ponikowski: dziennikarz telewizyjny: Pierwsze podejrzenie było takie, że będzie czyścił do gołej ziemi. Okazało się, że nie. Żadnych czystek nie robił, owszem parę osób odeszło, parę nowych przyszło, ale odbyło się w spokojny sposób. Od początku wymagał niezależności. Przyjął zasadę "po czynach ich poznacie". Czyli wszystko zależało od tego, jak człowiek pracował w tej nowej rzeczywistości i jak się zachowywał. Ja zacząłem tam pracę miesiąc przed jego przyjściem. Otrzymałem za zadanie przygotować nową wersję Panoramy. Dał mi miesiąc, oczywiście nie zdążyłem. Nowa Panorama wystartowała od marca.
To i tak błyskawicznie.
- Nawet zdążyliśmy zrobić casting. To właśnie wtedy do telewizji trafili Bożena Olechnowicz i Piotr Świąc. Oni prowadzili pierwsze wydanie.
To był gorący politycznie okres
- Marian przyszedł jako człowiek Wałęsy, nigdy tego nie ukrywał. Trwała wtedy ta "wojna na górze". Telewizja w Warszawie była za Tadeuszem Mazowieckim. Nawet jeździliśmy z interwencjami, bo oni tam dosyć brutalnie ingerowali w nasze materiały. Apogeum tej gry Mariana z Warszawą nastąpiło w dniu I tury wyborów prezydenckich, kiedy to TVP Gdańsk nie weszła w ogóle na antenę ogólnopolską. W momencie kiedy miała pójść relacja z akwenu, daliśmy im tylko obraz kontrolny. Krótko potem nastąpiła wymiana i Marian pojechał do Warszawy na szefa Radiokomitetu, bo to wtedy tak się nazywało.
On był wtedy stosunkowo młodym człowiekiem.
- No zaraz, on jest z rocznika 1954, czyli miał wtedy 36 lat. W radiokomitecie za długo nie zabawił, ale w branży telewizyjnej był do końca. Wiem, że był w Telewizji Puls, potem założył firmę producencką, zrobił pierwszy produkowany poza Warszawą serial. Nazywał się "Radio romans". Zrobił też Złotopolskich, to był duży sukces. Ostatnio miał firmę "Latarnia magiczna". Produkował tam głównie programy dla Wizji TV.
Jakim był człowiekiem?
- Marian był osobą pogodną, z takim lekko dziecinnym uśmiechem, spokojny, ale zdecydowany. Pamiętam go jako osobę konkretną i wymagającą. Był człowiekiem telewizji. Czuł telewizję, miał taki "błysk", wiedział, co warto robić. Był zwierzęciem telewizyjnym, wiedział, co jest dobre, co zostanie ciepło przyjęte przez widzów.
Jak go pan wspomina?
- Powiem tak. Pracuję w telewizji w Gdańsku już 20 lat. Okres gdy Marian był szefem, wspominam najlepiej. Moim zdaniem był to nasz najlepszy czas. Przyszła Ola Stefanowska z pytaniem, czy może jechać na zjednoczenie Niemiec. On na to: proszę bardzo. Byliśmy tam pierwsi, nawet przed Warszawą. Mnie zaproponował, żebym wziął ekipę i Sankt Petersburga na konferencję praw człowieka. Byli tam ludzie nawet z Kuby. Okazało się, że zrobiłem strasznie ciekawe rzeczy. On miał instynkt telewizyjny. Nic nie było dla niego niemożliwe.
Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto