Lévi-Strauss - Kopernik nauk społecznych

opr. Maciej Czarnecki
2009-11-09, ostatnia aktualizacja 2009-11-09 12:26

- Claude Lévi-Strauss miał szaloną maestrię. Jego seminaria były intelektualną sensacją, całkowicie zamkniętymi spektaklami, na które trzeba było przepustki - wspomina antropolog kultury prof. Ludwik Stomma*, wieloletni uczeń i współpracownik zmarłego niedawno ojca strukturalizmu

Maciej Czarnecki: Niedawno określił pan Lévi-Straussa mianem "Kopernika nauk społecznych".

Prof. Ludwik Stomma, antropolog kultury, który w ub.r. wykładał na UMK: - Żeby było zabawniej, w środowym Le Monde ukazał się artykuł pt. "Rewolucja kopernikańska strukturalizmu". Ten termin sam się narzuca, bo strukturalizm przestawił sposób widzenia kultury, odwrócił wizję rzeczy - zupełnie jak teoria heliocentryczna.

Na czym polega istota nowego przewrotu?

- W ogromnym uproszczeniu, na tym, że nie człowiek jest twórcą kultury, a kultura twórcą człowieka. To całkowicie zmienia punkt widzenia. Na Kopernika też napadano, wieszano psy, ale szum minął i jego teoria jest dziś oczywistością. Z doktryną Lévi-Straussa będzie tak samo.

Przez wiele lat współpracował pan ze słynnym Francuzem, uczestniczył w jego seminariach.

- To była sensacja intelektualna, całkowicie zamknięte spektakle, na które trzeba było dostać przepustkę. Wprowadził mnie tam w 1979 r. przyjaciel, pewien szwajcarski etnolog. Przychodzili doktoranci, doktorzy, ale i profesorowie z innych uczelni, dziennikarze, ciekawscy, razem ok. 30 osób. Lévi-Strauss był po prostu modny.

Jak wyglądały zajęcia?

- Referował głównie któryś z uczniów. Sam mistrz wtrącał czasem komentarz.

Domyślam się, że nieraz kąśliwy.

- Francja jest specyficzna. Tu, jeśli mówi się "interesujące", znaczy to: "strasznie złe". A jak się mówi, że coś było bardzo ciekawe, znaczy, że jest takie sobie. Ktoś, kto przyjeżdżał z Polski, nie mógł się na początku połapać. Wydawało mu się, że to wszystko ciepłe kluchy. Trzeba było rozeznać się w niuansach, by wiedzieć, że słowa tylko lekko pozytywne to już negatyw.

Nigdy nie widziałem, by Lévi-Strauss wpadł w gniew, stracił nad sobą kontrolę. Był człowiekiem bardzo zdystansowanym, a jednocześnie miał - nie znajduję innego słowa - taką szaloną maestrię.

W jakim sensie?

- Przypominał mi - wyjąwszy dystans - prof. Gieysztora. Niesłychaną elegancją, spokojem, arystokratycznym sposobem bycia. W końcu wywodził się artystycznej rodziny. Był ogromnym melomanem, w ogóle człowiekiem czułym na sztukę, na swój sposób artystą. Weźmy szalenie estetyczną część "Głosów masek", dość nietypowej dla niego książki.

Albo inny przykład: kiedy wybrano go do Akademii Francuskiej, zachwycał się szermowanym złotem mundurem, szpadą, wszystkimi tymi dodatkami. "Jak miło partycypować w tym barwnym spektaklu, który ma jeszcze złocenia z dawnych wieków" - mówił. Nie rozpatrywał wydarzenia w kategoriach prestiżowych, tylko estetycznych. To było szalenie zabawne i ujmujące.

U schyłku życia kreślił przyszłość świata w bardzo ciemnych barwach.

- Cóż, w ogóle był pesymistą. Trudno mu się dziwić. Mówi się, że I wojna światowa wywróciła do góry nogami nauki społeczne, bo pokazała drugie oblicze ludzkości. On półświadomie ją przeżył jako bardzo młody człowiek. Uniknął też Holocaustu, bo był wtedy w Brazylii i USA, ale widział całe to rozpasanie ludzkości, jego rodzina poniosła straszne straty. Uciekał od tego, deklarował, że nie interesuje się współczesnością...

...i tworzył wielką teorię - jedną z ostatnich w humanistyce, jaka starała się zaprowadzić ład znany z nauk ścisłych. Postmodernizm wykpił takie ambicje.

- Ależ Lévi-Strauss wcale nie miał pociągu do uściślania, jak mu to niektórzy przypisują! Stworzył pewne ogólne dyrektywy i jeśli w konkretnej, drobnej analizie wychodziły mu pewne dość logiczne i precyzyjne związki, nie oznacza to, że chciał uczynić z etnologii naukę ścisłą. A akurat postmodernizm przez dłuższy czas usiłował zawłaszczyć sobie Lévi-Straussa.

Dziennikarka L'Osservatore Romano pisała niedawno o pewnym paradoksie: po intelektualiście, który ścigał naukowy ideał, została głównie twórczość literacka.

- Nie zgadzam się. Mimo że szczegółowe dzieła Levi-Straussa napisane są dość hermetycznym językiem i dostępne niewielu, którzy nauczą się strukturalistycznej mowy, ma on swoich spadkobierców bez końca. W nauce nie da się go pominąć. Mówi się, że jest etnologia przed Lévi-Straussem i po. To, czy np. analiza mitów Bororo w tej czy innej książce jest trafna, czy nie, jest rzeczą całkowicie uboczną. Liczy się główna teza.

* Prof. Ludwik Stomma - antropolog kultury. Od 28 lat pracuje na Sorbonie, w ub.r. wykładał także na UMK. Autor kilkunastu książek, publicysta. W latach 80. współpracownik Claude'a Lévi-Straussa

Źródło: Gazeta Wyborcza Toruń