Urodził się w 1935 r. Przez wiele lat był podporą tygodnika "Polityka". Aż do wprowadzenia stanu wojennego. Wtedy odszedł. W radiowej "Trójce" słuchaliśmy Jego charakterystycznego głosu zdrowego rozsądku, gdy w "Peryskopie" komentował wydarzenia tygodnia.
Na początku lat 90. prowadził telewizyjny program "Kontrapunkt". Dużymi nożycami ciął przydługie wynurzenia polityków z tamtego okresu. Kierował "Gazetą Bankową". Do "Polityki" wrócił w 1996 r. Niedługo potem dopadła go choroba Parkinsona. Początkowo pisywał, ale coraz trudniej Mu to przychodziło. Koledzy chcieli zostawić w stopce Jego nazwisko. Ale Andrzej nie akceptował taryfy ulgowej.
Pod koniec studiów na Uniwersytecie Warszawskim, w 1956 r., Andrzej zaczął pisać dzienniki. Bruliony zabrali mu potem z domu ubecy w czasie rewizji. Był już chory, gdy się odnalazły. Namawiałem Go, aby je opublikował. Byłem pewien ich wartości poznawczej: nieretuszowanego obrazu kraju oczyma genialnego reportera. Opierał się. Wątpił, czy kogokolwiek zainteresuje taka odległa historia. Miał też inne obiekcje.
27 czerwca 2006 r. napisał do mnie:
"Twoje zachęty, żeby zajrzeć do szuflady (a propos - szuflada to był jeden ze stałych fragmentów
gry w UB - zatrzaskiwano szufladę na palcach przesłuchiwanego; dziś ludzie nie potrafią docenić tego humanitaryzmu, który przyświecał
pracy esbeków), otóż Twoje zachęty musiałyby zwalczyć - przeważyć dekoniunkturę tematyczną: mianowicie jest w modzie mieć albo mówić, że się ma teczkę, a ja mam taki wredny charakter, że nie lubię tłoku, więc obaw, które żywiłem wcześniej, że kogo dziś obchodzą przygody jakiegoś pana Andrzejka - te obawy jeszcze się wzmocniły".
Jednak dał się w końcu przekonać. Był już bardzo chory, gdy w 2008 r. wspólnym wysiłkiem "Polityki" i Agory ukazały się Jego "Dzienniki zabrane przez bezpiekę".
W przedmowie Jego przyjaciel jeszcze z czasów dzieciństwa, Krzysztof Pomian, pisał o Wróblewskim jako klasycznym żoliborskim inteligencie i wyjaśniał, co to znaczy: „Wbrew ostatnio wypowiadanym opiniom » żoliborski inteligent «to nie inteligent, który przypadkiem urodził się na Żoliborzu. To ten, który wychował się w środowisku skupionym wokół Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, ale wykraczającym poza krąg mieszkańców jej osiedla. (...) Kultywowano w nim etos pracy społecznej i poświęcenia, ludzi oceniano nie wedle przynależności partyjnej, ale wedle kwalifikacji moralnych”.
Na pierwszej stronie egzemplarza "Dzienników", który od Niego dostałem, Andrzej napisał:
"Andrzeju L.! Melduję, że zadanie wykonane, a oto dowód. Gdyby nie Twój napór, ta książka nie zostałaby napisana. Dziękuję. Andrzej Krzysztof W.".
To ja dziękuję, Andrzeju!