Nieznacznie zgarbiona starsza pani, ze sportowo, na krzyż przewieszoną torebką, która na spacer z psem wychodziła uszminkowana, z niewielką okrągłą popielniczką w ręku. Papieros - jeszcze jeden nie zgasł do końca, gdy już nad dymiącą popielniczką zapalała drugiego - był jej znakiem charakterystycznym. Nauczyła się palić w Marcu '68, aż w końcu mówiła, że bez palenia nie umie myśleć. Ktoś mógłby pomyśleć, że chodziło tu jedynie o uzależnienie, ale to było coś więcej - nonkonformizm. Potrafiła zaciekle atakować autorów bzdurnych, jak mówiła, teorii o rzekomej szkodliwości palenia. Bo przy wszystkim swoich niezwykłych zaletach miała coś, o czym, gdy chodzi o
dziecko, mówi się "charakterek", często absurdalny upór.
Denerwowało ją też gadanie o zdrowym jedzeniu - liczenie cholesterolu, drogie jajka od kur zielonóżek i ryby z grilla. Latami żyła w biedzie - najpierw w czasie okupacji (Opowiadała mi: - Z przyjaciółką siedziałyśmy w fotelu i godzinami rozmawiałyśmy, jedząc suchy chleb z pudełka. Było wspaniale) i potem, gdy mieszkała z mężem, logikiem prof. Zdzisławem Ziembą w asystenckim akademiku (- Byliśmy szczęśliwi, gdy udało się kupić kawałek kiełbasy) i jeszcze później, gdy pieniędzy wystarczało na szkolne obiady dla córki i niewielki posiłek dla męża (- Nauczyłam się wtedy nie jeść).
Uważała, że skoro jej trochę głodówki nie zrobiło krzywdy, to i innym nie zaszkodzi. Ale też uważała, że inteligent nie jest od tego, żeby myśleć o rzeczach materialnych. Inteligent kupuje pasztetową albo szynkę - na co go stać, zjada, żeby mieć to z głowy i czym prędzej wraca do myślenia - najwartościowszej działalności człowieka.
***
Jej babcia, choć dama, chodziła w chustce (bo wygodnie) i na bosaka (bo zdrowo), jej mama, pediatra, wykradała Niemcom ze szpitala leki dla polskich
dzieci. Nic dziwnego, że i ona była i niekonwencjonalna, i odważna.
I wtedy, gdy na początku lat 60. wywołała poruszenie, przychodząc na radę wydziału w swetrze i sztruksach, i wcześniej, gdy mając dziesięć lat, z młodszą siostrą przyłączyła się do bandy polsko-białorusko-żydowskich uliczników. Gdy w Białymstoku powstało getto, brała udział w przerzucaniu przez mur paczek. Opowiadała o tym tak:
„Rano
Niemcy pędzili ludzi z tego getta do pracy, a dzieci, także nasi koledzy, zostawały. W płocie były szpary, myśmy przez nie wołali, podglądali. I postanowiliśmy z chłopakami stworzyć konspiracyjną armię dzieci. Cała ta banda żuli miała najpierw złożyć w lesie przysięgę - trochę magiczną, trochę katolicką - trzeba było pocałować mój krzyżyk i powiedzieć: »Niech mnie ziemia pochłonie, jeśli wyjawię tę tajemnicę, niech mi pomoże Bóg i niewinna męka Syna Jego «. I dopiero po przysiędze zaczęliśmy się zastanawiać, co my właściwie mamy robić. Koledzy wpadli na pomysł, żeby przemycać paczki do naszego getta. To byli chłopcy proletariaccy, oni wszyscy handlowali, więc mieli się wtedy bardzo dobrze. Kupowali z zarobionych przez siebie pieniędzy mąkę, słoninę,
boczek - coś, co można przechowywać. (...) Tego naszego getta pilnowało zawsze dwóch Niemców. Jeden stał w tym samym miejscu, a drugi chodził. I historia polegała na tym, żeby ktoś z nas zagadał tego chodzącego, a pozostali w tym czasie przerzucali paczkę. Mieliśmy o jednym pilnowaczu opinię »o, jest ten, jego się dobrze zagaduje « - to niemożliwe, żeby on nie wiedział. Wtedy myślałam, że jesteśmy sprytni, teraz myślę, że nam odpuszczał.
Ta nasza akcja trwała półtora roku. (...) Potem getto zostało zlikwidowane jak każde inne. Ale dopóki nie zaczęła się akcja Zagłady, nie wiedzieliśmy, że ich zabiją. Myśleliśmy, że będą ich dręczyć, ale powtarzaliśmy »byle do wiosny «. Cieszyliśmy się, że dzięki paczkom przetrwają, nie będą chorować (fragment wywiadu z książki przygotowywanej dla Wydawnictwa Literackiego).
Po likwidacji getta wpadła w głęboką depresję - z nikim nie rozmawiała, nie mogła się uczyć, nie mogła spać. Rodzice wysłali ją do rodziny pod Białymstokiem. Tam, spacerując po lesie, spotkała dwie rówieśniczki - Rachelkę i Esterę, które uciekły z transportu do obozu zagłady. Uważała, że możliwość pomocy tym dziewczynkom - nakarmiła je, dała im ubrania i zaprowadziła w bezpieczne miejsce - uratowała ją samą, dając poczucie, że chociaż je dwie udało się ocalić.
W Wilnie, z którego pochodziła, w Białymstoku i w Łodzi, w której po wojnie chodziła do szkoły średniej, napatrzyła się na bolszewików dość, by nie ciągnęło jej nigdy do komunistów. Mówiła: „Ja jestem z Wilna. U nas wiadomo było, że bolszewik to wróg. Kiedy po wojnie przyjechałam do Polski w nowych granicach, wiedziałam już, że bolszewik oznacza nędzę i niesprawiedliwość. Nie mogłabym nabrać się na żadną ich ideologię. Potem na studiach chodziłam do fabryk i widziałam, jak wykorzystuje się robotników. W pamiętniku z tamtego okresu pisałam, że nie mogę zrozumieć tych »ZMP-owskich wyznawców ideologii «, bo przecież po części to byli bardzo mądrzy ludzie, a szli do tych fabryk i nie widzieli ewidentnego wyzysku i zamęczonych twarzy”. („Rewolucji przeciw światu nie będzie”, wywiad Magdaleny Żakowskiej, „Gazeta”, 12 listopada 2010).
***
Mówiła, że potrafi wybaczyć świństwa zrobione w czasach stalinizmu, ale nie - w 1968 roku. Dzieliła bowiem PRL na stalinizm, system totalitarny i na długi okres późniejszy, gdy życie nie było już stawką za przyzwoitość. Sama za Stalina świadomie zdecydowała się uczyć w szkole statystyki - by nie dać się uwikłać. Mówiła Magdalenie Żakowskiej: „Dostaję program, gdzie czytam m.in.: »Lenin a statystyka «, »Stalin a statystyka «, »Rola statystyki w realizacji planu sześcioletniego «. Z Leninem nie było jeszcze tak źle, napisał przynajmniej »Rozwój kapitalizmu w Rosji «, gdzie wiele miejsca zajmują polemiki i analizy statystyczne. Ale co miał wspólnego ze statystyką Stalin?! On przecież nic nigdy na ten temat nie napisał. Przerabiałam więc na tych zajęciach grubą książkę Lenina, a pod koniec każdej lekcji dodawałam: »Stalin także bardzo doceniał statystykę w realizacji kolejnych planów pięcioletnich «.
W 1968 roku stanęła po stronie studentów. Teresa Torańska pytała: „Była pani »prowodyrem młodej kadry «” . Świda-Ziemba: „Tak oceniali mnie marcowi hunwejbini. To byli ci, którzy - jak wtedy mówiono - przyłączyli się do Marca. Pisali donosy, biegali po uniwersytecie, spisywali, kto z kim rozmawia, i raportowali. Pojawiali się na zebraniach kadry naukowej, próbowali je rozbijać i nie dopuścić do uchwalania rezolucji potępiających bicie studentów i antysemicką propagandę. Później dostali za to stanowiska. Jeden z nich nazwał mnie hersztem i żądał wyrzucenia z wydziału.
Nic wielkiego nie robiłam. Po prostu byłam ze studentami. Na strajku okupacyjnym zostałam z nimi na noc, chodziłam na ich wiece do
Auditorium Maximum, rozmawiałam. Ale nie tylko ja, był też z nimi Czesiek Czapów, Aldona Jawłowska.
Z uniwersytetów z wielkim hukiem wyrzucano profesorów. Byli profesorami mianowanymi dożywotnio i musiało ich wyrzucić Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego z podpisem ministra prof. Henryka Jabłońskiego. Nas - asystentów i adiunktów zatrudnianych na kontrakty trzyletnie - można było wyrzucać bez rozgłosu. Najlepiej przez nieprzedłużenie kontraktu.
Każdy bał się zwolnienia. Zwalniano wszędzie. W fabrykach, szpitalach, ministerstwach, prasie. Moich studentów zamykano albo brano do wojska. Rozpuszczano plotki, że planuje się deglomerację Warszawy i będą nas wysiedlać. Nie wiadomo dokąd". ("Jak można się nie wstydzić", wywiad Teresy Torańskiej, "Duży Format", 2 marca 2009).
***
W stanie wojennym pani profesor była internowana. Tam okazała się atrakcją dla strażniczek. Przychodziły do niej radzić się, jak postępować z kryminalnymi więźniarkami, z którymi pracowały na co dzień.
- Nauka nigdy nie przychodziła mi łatwo - powiedziała prof. Świda-Ziemba o sobie i w ogóle nie widziała w tym nic zabawnego.
Jej redaktorki z Wydawnictwa Literackiego, które wydało trzy książki pani profesor, widziały ją inaczej. Zauroczone jej mądrością, zdolnością dokonywania szybkiej, głębokiej analizy i rozumienia zmian społecznych, uważały, że gdyby chciała pisać mniej naukowym językiem, zdobyłaby popularność równą profesorowi Zygmuntowi Baumanowi.
Była wymarzoną rozmówczynią dla dziennikarza. Nigdy nie można było przewidzieć, co powie na dany temat, jej sądy były zaskakujące, odważne i nowe. A do tego potrafiła być w nich radykalna. Studentkom przyprowadzającym niemowlęta na egzamin: "Odpowiadałam ostro: albo-albo. Albo pani studiuje i przygotowuje się do egzaminów, albo pani ma dziecko i się nim zajmuje. Byłam przeciwna studenckim małżeństwom. (...) To było zjawisko charakterystyczne dla okresu powojennego. Wcześniej przynajmniej mężczyzna musiał być starszy, ustabilizowany zawodowo, żeby dać oparcie żonie. Wczesne małżeństwa, wobec których byłam krytyczna, skończyły się po przełomie 1989 roku. (...) Podobała mi się ta zasada przedwojenna - wpierw stabilizacja, potem rodzina. Bo uważam, że nie da się pogodzić studiowania i wychowywania dziecka. Dziecko chore, ma kolki, ząb mu się wyrzyna, płacze, ona ma zarwaną noc i nie uczy się do egzaminu. Albo-albo.
Poza tym te małżeństwa były zwykle bardzo nieudane, trwały po kilka lat. Dzieci wychowywały się potem w kolejnym związku. Najpierw była wielka miłość, a potem codzienne kłopoty. Te kłopoty to było mieszkanie, brak środków do życia, zależność od rodziców, kłótnie o to, czyje studia są ważniejsze" ("Koniec studenckich małżeństw", wywiad Joanny Sokolińskiej, "Wysokie Obcasy", 6 sierpnia 2011).
***
Starość nie sprawiała jej bólu. Ale też mimo swoich 82 lat nie uważała się za osobę starą - co dla niej oznaczało narzekanie, przede wszystkim na zdrowie, złe obyczaje i na rodzinę, że za mało się człowiekiem interesuje. Do listopada pracowała w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych na UW i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, z dumą mówiąc, że jest głową rodziny jako najwięcej zarabiająca w niej osoba. To było w jej życiu nowe. W PRL-u czuła się stłamszona, badania prowadziła poniekąd dla siebie, bez szans na ich publikację.
Doktor Wojciech Pawlik, dyrektor ISNS: - Paradoks drogi intelektualnej profesor Świdy-Ziemby polegał na tym, że przez większość swego życia była osobą bardzo mało piszącą. Uważała, że skoro w systemie nauki, który w PRL-u był cenzurowany, nie może wypowiedzieć się tak, jakby chciała, to nie będzie szła na kompromisy. Eksplozja jej naukowej twórczości nastąpiła dopiero po upadku komunizmu, pisała wówczas jedną książkę po drugiej, jakby chciała nadrobić stracony czas.
Kiedy ostatni raz rozmawiałyśmy, była bardzo chora, kilka dni wcześniej lekarze byli przekonani, że to już koniec, powiedzieli to rodzinie. Opowiadała mi przez telefon o tym, jak umierała: - Nieprzytomna, budziłam się i zasypiałam. Nagle zobaczyłam w szpitalu męża i wnuka. I pomyślałam: A więc na tym polega śmierć. Śmierć to znaczy, że już ich nie będzie, nie zobaczę, jak Kuba robi licencjat. Poczułam żal i przestałam umierać.
Szkoda, że taki numer udaje się tylko raz.
Nie chciała nekrologów ani publicznego pogrzebu.