W Europie coś się ruszyło. Ursula von der Leyen została szefową Komisji Europejskiej w sposób niekonwencjonalny, bo mocniejsi kandydaci nie mieli dostatecznego poparcia i trzeba było długich negocjacji, w wyniku których to kandydatura Niemki zwyciężyła. Dla wielu to dowód giętkości instytucji unijnych i zdolności polityków do wychodzenia z trudnych sytuacji, gdy z konieczności czyni się cnotę. Dla innych jednak to był zły znak. Nie zostały dotrzymane reguły, a to zawsze jest oznaką słabości.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej