Przyzwyczailiśmy się patrzeć na Turcję przez pryzmat rządzącego nią od blisko dwóch dekad Recepa Tayyipa Erdogana. Taka Turcja to największe więzienia świata dla dziennikarzy. To kraj, w którym kurdyjscy opozycjoniści są wtrącani za kraty pod pretekstem walki z terroryzmem; gdzie lud ochoczo wspiera swojego wodza, daje mu coraz więcej uprawnień i nie protestuje, gdy ten urządza polowanie na czarownice, wtrącając za kraty dziesiątki tysięcy domniemanych lub rzeczywistych spiskowców chcących go obalić.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej