Przyszłe pokolenia będą nas uważać za bandę idiotów. I nie mam w tej chwili na myśli katastrofy klimatycznej – w pierwszym zdaniu przyjąłem przecież optymistyczne założenie, że uda się jej uniknąć na tyle, że w ogóle będą jakieś przyszłe pokolenia.

Mówię o tym, co zrobiliśmy z internetem. Trudno im będzie zrozumieć nasz błąd.

Zawsze dotąd w historii ludzkości wynalezieniu nowej technologii towarzyszyły drobiazgowe regulacje mające dopilnować, żeby bardziej społeczeństwu pomogła, niż zaszkodziła. Druk, krosno, maszyna parowa, pociąg, telegraf, radio, lotnictwo, telewizja podlegały państwowej kontroli, najpierw ze strony różnych instytucji feudalnych, potem demokratycznych.

Internet również był ściśle regulowany do połowy lat 90., gdy był własnością państwa amerykańskiego. Potem go sprywatyzowano i skomercjalizowano – i wydarzyło się straszne nieszczęście.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej