Kiedy w maju 2024 r. będziemy wybierać nowy Parlament Europejski (jeśli wciąż będziemy w UE), nowych szefów otrzyma Komisja Europejska, Rada Europejska i unijna dyplomacja, w Rosji, jeśli wszystko pójdzie tam z przewidzianym konstytucją kalendarzem i porządkiem, będzie już po wyborach i zaprzysiężeniu następcy Władimira Putina.

To niby jeszcze dużo czasu, ale na Rosję coraz głębszym cieniem już kładzie się „problem 2024”, czyli kwestia przekazania (lub nie) władzy w nowe ręce. W tym kraju to zawsze był czas niebezpieczny. Nic dziwnego, że upiorem, który się wówczas pojawia, jest „smuta”, czyli czas krwawego lub bardzo krwawego zamętu.

W epoce Borysa Jelcyna do „problemu 2000”, czyli szukania i instalowania na tronie „dziedzica” prezydenta zaczęli podchodzić natychmiast po wyborach w 1996 r., kiedy to rozpoczęła się druga i ostatnia kadencja gospodarza Kremla. Jelcyn przez lata prowadził swoisty „casting” stawiając początkowo na liberałów, potem na siłowików. Mozolnie gromadził też „wiano”, finansowe, polityczne i medialne zaplecze pomazańca.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej