Pogodzenie rzetelnej pracy w Brukseli i Strasburgu z dużą polityczną, a zwłaszcza medialną obecnością w Polsce to trudne zadanie. Dla europosłów, którzy nie byli wcześniej politykami z pierwszej półki, to bywa wręcz ponad siły.

W przypadku sporej części krajów UE z Europy Zachodniej Parlament Europejski jest miejscem dla polityków głównie z drugiej i trzeciej ligi, którzy traktują go jako trampolinę do wielkiej polityki krajowej, choć tylko nielicznym to się udaje.

Oczywiście są wyjątki, jak np. pierwszoligowy Guy Verhofstadt, który przed rozpoczęciem kariery europosła był premierem Belgii przez dziewięć lat.

Europoselska trampolina świetnie zadziałała w przypadku Nigela Farage’a z UKIP, bo o ile ordynacja do brytyjskiego parlamentu nie dawała mu szans na mandat, o tyle proporcjonalny system wyborów do Parlamentu Europejskiego zagwarantował mu sutą pensję i pieniądze na szerokie promowanie haseł swej partii.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej