Ale format Adenauera wykraczał także poza granice niemieckiej polityki, o czym świadczyła obecność na pogrzebie w katedrze w Kolonii prezydentów, ministrów i ambasadorów aż 180 państw. Kształt powojennych Niemiec i europejskiej integracji zależał w ogromnej mierze właśnie od zmarłego sześć dni wcześniej 91-letniego męża stanu.

Był jednym z pierwszych, którzy mówili o odległym celu europejskiej polityki. Już 6 marca 1946 r. jako świeżo wybrany przewodniczący CDU w brytyjskiej strefie okupacyjnej wyraził nadzieję, że „w niezbyt odległej przyszłości zostaną utworzone Stany Zjednoczone Europy, do których będą należeć Niemcy, i wtedy Europa, ta tak często pustoszona przez wojny część świata, zażyje błogosławieństw trwałego pokoju”.

Nie była to wypowiedź ani cyniczna, ani koniunkturalna, zwłaszcza że tuż po przegranej wojnie opinia jakiegokolwiek niemieckiego polityka niewiele w Europie znaczyła. Jednak Adenauer już w latach 20. – jako członek Pruskiej Rady Stanu i burmistrz Kolonii – głosił potrzebę scalenia przemysłu państw Europy Zachodniej. Uważał, że tylko to może przynieść kontynentowi pokój. Jako kanclerz w latach 1949-63 priorytetami uczynił zbliżenie z Francją i integrację europejską. Za jego rządów RFN stało się członkiem UE i NATO. Poparł plan Schumanna i zgodził się, by RFN było w Radzie Europy członkiem drugiej kategorii. Wobec utraty niemieckiej wiarygodności wskutek rozpętanej wojny uważał, że lepsze to niż nic. Twierdził, że Europa powinna stopniowo zmierzać ku federalizacji, stając się trzecią siłą świata po USA i ZSRR.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej