Notre Dame – symbol Paryża, Francji i w ogóle zachodniej cywilizacji – była, jak ogłosili strażacy, bliska zawalenia. Ale spalony dach Francuzi odbudują. To kwestia narodowego prestiżu, tu pieniądze nie grają roli. Rekonstrukcja Notre Dame połączy Francuzów jak nic wcześniej. Tego właśnie im zazdroszczę. We współczesnej Europie chwile, gdy kraj się jednoczy, to rzadkość.

W ostatnich miesiącach Francja sprawiała wrażenie kraju, który nie daje sobie rady z wewnętrznym kryzysem. Co sobotę przez miasta przechodziły demonstracje „żółtych kamizelek”, protestujących w zasadzie przeciwko wszystkiemu, do których dołączali zadymiarze demolujący sklepy i bijący się z policją. Prezydent Macron tracił autorytet, a gdy słabł, w siłę rośli populiści po prawej i lewej stronie. To nie jest nowy proces, raczej kulminacja problemów, których francuska klasa polityczna nie potrafiła rozwiązać od lat. Ten klincz, pogłębianie podziałów, coraz ostrzejszy konflikt był złym scenariuszem dla Europy. Bo gdy problemy ma Francja, problemy ma cała Unia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej