Pomimo to wezwania do tworzenia „armii europejskiej” są ostatnio coraz częściej powtarzane, m.in. przez prezydenta Emmanuela Macrona oraz kanclerz Angelę Merkel. Szkopuł w tym, że nie w znaczeniu jednej i wspólnej armii z głównodowodzącym generałem w Brukseli. „Armia europejska” służy m.in. za hasło mające doprowadzić do powołania stosunkowo niewielkich europejskich sił interwencyjnych wysyłanych w razie potrzeby np. do Afryki. To idea Macrona, który w swej Europejskiej Inicjatywie Interwencyjnej widzi miejsce także dla pobrexitowej Wielkiej Brytanii. Ponadto „armia europejska” to etykietka m.in. dla wspólnych projektów UE w dziedzinie przemysłu obronnego, cyberobrony, szkoleń, a także – we współpracy z kwaterą główną NATO – poprawy sieci dróg i mostów w Unii, by w razie potrzeby ułatwić przerzut wojsk Sojuszu Północnoatlantyckiego.

To marzenie najgorliwszych zwolenników zamiany UE w ścisłą federację, ale obecnie nikt nad tym w Unii nie pracuje ani na poważnie nie wierzy, by taka nowa armia była celem osiągalnym w najbliższych kilku dekadach. „Może za sto lat” – powiedziała kiedyś szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej