Czerwony, piętrowy autobus mija przystanek, na którym siedzi kobieta z bukietem słoneczników. Kwiaty w jej dłoniach przypominają te, które zdobią plakat przyklejony do wiaty przystanku. Słoneczniki z plakatu to oczywiście „Słoneczniki” van Gogha, a kadr z kobietą pochodzi z reklamy wystawy malarza w londyńskiej galerii Tate Modern. Hasłem otwartej właśnie ekspozycji (czynna do 11 sierpnia) jest „Wielka Brytania inspirowała van Gogha. Van Gogh inspirował Wielką Brytanię”. Czy rzeczywiście?

„Van Gogh mieszkał w Anglii przez kilka lat. Samotnie przemierzał ulice, marząc o przyszłości. Zakochał się w brytyjskiej kulturze, przede wszystkim w powieściach Dickensa i Eliot. I zainspirował się sztuką, którą tu ujrzał. Obrazy Constable’a i Millaisa wpłynęły na jego malarstwo” – przekonują twórcy wystawy.

Ten fragment tekstu przypomina mi słowa Mileny Rachid Chehab, autorki niedawno wydanej książki „Komu bije Big Ben”, która za jedną z potencjalnych przyczyn brexitu uważa przekonanie Brytyjczyków – przynajmniej tych wpływowych – o tym, że ich kultura jest pępkiem świata.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej