Na krótko przed tym, jak Cem K. dołączył do kalifatu, skierował do swoich rodziców przepełniony goryczą list. Zaczynają go słowa: „W imię Allaha”, a ton jest pretensjonalny. Miał wtedy 27 lat. Pochodzi z Hamburga, jest synem tureckich imigrantów, którzy nie potrafili poradzić sobie z nagłym wzrostem pobożności swojego dziecka.

Cem zwierza się w liście rodzicom, iż nie chce już dłużej żyć w kraju niewierzących. 5 lutego 2014 r. kończy z dotychczasowym życiem i opuszcza Niemcy, obierając za cel podróży Syrię. Informacje na ten temat można znaleźć w dokumentacji hamburskich służb bezpieczeństwa.

Kilka lat później jego listy mają inny wydźwięk. Kalifat znajduje się w momencie upadku, w syryjskim mieście Rakka, byłej stolicy tzw. Państwa Islamskiego (PI), trwają ostatnie walki, kurdyjskie milicje przeczesują dom za domem. Ostatecznie PI upada. W drugiej połowie 2017 r. Cem został schwytany i uwięziony. Jest przetrzymywany w obozie niedaleko miasta Al-Kamiszli na północy Syrii, która jest w rękach kurdyjsko-arabskiego sojuszu Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF).

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej