Pozwólcie, że opowiem wam krótko o ludziach, których spotkałem w tym tygodniu.

Dwoje dziennikarzy z budapeszteńskiego portalu, który – po przejęciu przez państwo kontroli nad wszystkimi konwencjonalnymi mediami – pozostaje jednym z ostatnich miejsc, gdzie Węgrzy mogą przeczytać o postępującej oligarchizacji ich kraju. Gdy po jednym z ich reportaży śledczych policja zażądała ujawnienia źródeł informacji, odmówili. Ciągano ich po sądach wszystkich instancji, aż najwyższy orzekł, że to nie policja, ale dopiero sąd ma prawo wymagać od dziennikarzy rezygnacji z chronienia źródeł. I rządzący Fidesz, chcąc nie chcąc, musiał zmodyfikować przepisy.

Turecki dziennikarz, którego dawna gazeta, przez lata najbardziej wpływowy liberalny dziennik w kraju, już nie istnieje. Po obywatelskich protestach w stambulskim parku Gezi założył dziennik internetowy. Prowadzi go do dziś, zatrudnia pięć osób, czyta go kilkanaście milionów ludzi. Ponieważ pisze o nadużyciach i niekompetencji władzy, liczy się z aresztowaniem w każdej chwili. W Turcji, przypomnijmy, wskutek represji po nieudanym zamachu stanu w więzieniach siedzą dziesiątki dziennikarzy z ponad stu pozamykanych redakcji.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej