Ile razy syn ma udowadniać, że chce się leczyć?

EJ
2009-08-13, ostatnia aktualizacja 2009-08-13 15:15

Z listu matki uzależnionego chłopaka: Zakłady psychiatryczne twierdzą, że nie zajmą się moim synem, dopóki nie wyleczy się z alkoholizmu. Cała pomoc państwa sprowadza się do doraźnych interwencji policji. Niekiedy zabierają syna i choć zawsze proszę, by traktowali go jak chorego i nie bili, nierzadko ich interwencje kończą się pobiciem

Jestem w totalnym zaszczęku. Choć mieszkam na strzeżonym osiedlu, tylko w ostatnim roku mój najstarszy syn (25 lat) sześć razy wybił mi okno, wiele przedmiotów zostało zniszczonych lub wyniesionych z domu, np. mój laptop. Zmuszona byłam ze względu na dane wykupić za 1700 pln!

Problemy z synem były zawsze. Do 14 r. ż. jednak dawaliśmy sobie z nim radę. Uczył się wspaniale i to trzymało i jego i nas na powierzchni. Spod kontroli zaczął się wymykać w okresie dojrzewania. W dół zaczęły go ściągać kolejno: szkoła, koledzy, kłamstwo i złodziejstwo. Jako rodzice przestaliśmy się dla niego liczyć z naszymi "głupimi" zasadami, do szkoły postanowił nie chodzić i wytrwał w tym postanowieniu do dziś.

Od śmierci ojca (jesienią 2007), co było dla syna przebywającego wówczas w ośrodku poważnym wstrząsem, próbuje na rozmaite sposoby zejść z drogi, która niszczy i jego, i nas. Jednak wszelkie próby podjęcia leczenia w ośrodkach lub przychodniach nie dają rezultatu. Obecnie jest uzależniony od alkoholu i moim zdaniem od marihuany (sam twierdzi , że pali mało). Po trzech latach starań, kilka dni temu, wydany został w jego sprawie prokuratorski nakaz leczenia. I co się okazało?

Mimo paru - jak na niego gigantycznych - własnych starań nie może trafić do ośrodka, bo - jak go poinformowano - musi sam chcieć! Tzn. musi pełnić określone warunki - przez kilka tygodni wytrwać w abstynencji, odbyć ileś tam mityngów i przedstawić wyniki wielu badań wykonanych we własnym zakresie i na własny koszt.

Myślałam że syn kłamie. Zirytowana przeciąganiem sprawy wczoraj, po wielu nieudanych próbach dotarcia przez syna do lekarzy i przychodni, oraz po kolejnym naruszeniu abstynencji i spokoju pod moim dachem (mam dwóch młodszych synów, których od śmierci męża wychowuję sama, więc nie muszę pisać, jakim zagrożeniem jest dla nich ta tragiczna sytuacja), wyrzuciłam syna z domu (nie wiem który już raz). Przebywał u mnie ostatnio bez meldunku, warunkowo czyli wyłącznie, jeśli będzie dążył do leczenia i będzie trzeźwy. Dziś rzekome manipulacje syna potwierdziła jako autentyczne w telefonicznej rozmowie ze mną dyżurna lekarka ze szpitala psychiatrycznego na Sobieskiego, w którym syn ubiegał się od paru tygodni o miejsce.

Dowiedziałam się, że nakaz prokuratorski nie wystarczy, żeby go leczyć! Musi sam chcieć! A - jak mi objaśniono - najwyraźniej nie chce, bo tylko dwa razy zgłosił się w celu skierowania go na leczenie. No i skoro otrzymał skierowanie do szpitala to, aby być przyjęty powinien odbyć ileś tam mityngów z wolnej stopy, zrobić sobie badania krwi, moczu, prześwietlenie klatki, badania na obecność HIV i nie wiem co tam jeszcze. Nie obchodzi pani doktor fakt, że jest to człowiek, który nie wytrzymuje w abstynencji dłużej niż dzień lub dwa, ani że nie ma z czego żyć - nie ma na opłacenie komunikacji miejskiej, nie mówiąc o kosztach badań. Co więcej, jako człowiek uzależniony, nie ma podstawowych nawyków, ani umiejętności kierowania swoim życiem. Nie jest w stanie załatwić więcej niż jedną sprawę raz na kilka dni. Przy tym wszystkim potrafi być obrotny, ale potrzebuje stałej opieki i kontroli, której ja nie jestem już w stanie mu zapewnić.

Syn dwukrotnie podejmował próby samobójcze, miewał ataki padaczki i inne źle rokujące deliryczne reakcje - od zaburzeń mowy, po aparat ruchu włącznie. To także nie jest żadnym argumentem na to, że potrzebuje pomocy fachowców. Zakłady psychiatryczne twierdzą, że nie zajmą się nim, dopóki nie wyleczy się z alkoholizmu. I tak zaklęty krąg zamyka się sprowadzając wszystko do doraźnych interwencji policji, która też (choć jako rodzina mamy niebieską kartę od pięciu lat) często odmawia pomocy. W drastycznych sytuacjach jednak przyjeżdża i próbuje nam pomóc, ale zawsze kończy się to konkluzją, że pomocy dla nie ma. Niekiedy zabierają syna i choć zawsze proszę, by traktowali go jak chorego i nie bili, nierzadko ich interwencje kończą się pobiciem. Syn ma m.in. uszkodzoną błonę bębenkową i ząb.

Wygląda na to, że pieniądze, które idą na udzielanie pomocy osobom takim mój syn i ja, idą w błoto, bo realnej pomocy nie ma. Już lepiej byłoby przeznaczyć je na porządne leczenie, takie jak w ośrodkach prywatnych (cena za miesiąc od 6 do 14 tys. pln) na drodze losowania. Będzie to i sprawiedliwsze i skuteczniejsze, niż to co jest teraz!

Coraz bardziej boję się, że w końcu dojdzie do tragedii. Jesteśmy blisko kresu. Ale kogo to obchodzi? Pewnie dopiero wówczas zainteresuje się tym prasa i władze.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1