Czekamy na Wasze listy: listydogazety@gazeta.pl
Maciej jest uzależniony od marihuany. Próbuje wyjść z nałogu, od dwóch lat chodzi na terapię. Wcześniej do Monaru, teraz do poradni leczenia uzależnień w krakowskim Szpitalu im. Rydygiera. Jego terapeuta twierdzi: ma motywację do leczenia i rozumie konsekwencje nadużywania.
A te dla Macieja są już poważne. W październiku 2007 roku po długiej imprezie z kolegami poszedł odpiąć rower. Siadł na ramie, odepchnął się nogami. W tym momencie zza rogu wyszło trzech mężczyzn, krzyknęli: "Zatrzymaj się, policja".
- Odwróciłem się, zobaczyłem facetów w bluzach z kapturami, szerokich spodniach. Nie usłuchałem, bałem się, że to napad - opowiada Maciek. Ale to byli prawdziwi policjanci, zatrzymali go za jazdę po pijanemu. Na tym się jednak nie skończyło, bo w trakcie rewizji znaleźli przy nim pół grama marihuany.
- O szóstej rano obudziło nas walenie w drzwi. Wpadła policja - opowiada jego mama, która mieszka w mieście oddalonym 200 km od Krakowa.
Jej syn przed sądem stanął za jazdę pod wpływem alkoholu i posiadanie narkotyków. Złożył wniosek o warunkowe umorzenie sprawy o narkotyki - już wtedy się leczył. Pokazał zaświadczenie. Nic to nie dało. Wyrok: pół roku więzienia z zawieszeniem na trzy lata.
Na czerwonym świetleMaciej jest fanatykiem dwóch kółek. Jazda na rowerze to całe jego życie. Żeby pogodzić pasję z zarabianiem, zaczął pracować w firmie kurierskiej.
Kilka miesięcy temu założył swoją, też zajmującą się rozwożeniem przesyłek na rowerach. Dziennie przejeżdża nawet po 100 km. - To biznes, który świetnie się rozwija. Jesteśmy szybsi niż samochód - opowiada.
Za ściganie się z czasem drogo zapłacił. - Pędziłem na drugi koniec miasta po przesyłkę. Przejechałem puste skrzyżowanie na czerwonych światłach. Nie zauważyłem radiowozu wyjeżdżającego zza zakrętu - opowiada.
Miał być mandat za wykroczenie drogowe, ale gdy policjanci sprawdzili w komputerze, że Maciej był już karany za narkotyki, przestali interesować się jazdą na czerwonym świetle. Skuli go i razem z rowerem zabrali do komisariatu.
Tam rozebrali do majtek, znaleźli kilka listków marihuany, więc przeszukali mu jeszcze mieszkanie.
Koniec firmy i terapiiSami policjanci artykuł 62 ustawy antynarkotykowej, który każe karać za posiadanie nawet najmniejszej ilości, nazywają "statystycznym". Każdy złapany zostaje skazany. To poprawia statystyki policji, prokuratury i sądownictwa. Tak było i z Maćkiem.
Znów stanął przed sądem za posiadanie. Dostał cztery miesiące z warunkowym zawieszeniem. Zadziałał automat i drugi wyrok odwiesił pierwszą karę. Chłopak właśnie dostał postanowienie sądu - pójdzie do więzienia na sześć miesięcy.
Rodzina Maćka jest przerażona. - Przecież jego uzależnienie to choroba. Jak można człowieka chorego karać? Na dodatek, gdy sam próbuje się leczyć? Jakie zagrożenie i dla kogo powoduje mój syn? - pyta jego mama.
Jest przekonana, że pobyt w więzieniu załamie kilkuletnią terapię syna: - W niej ważne jest, by osoba uzależniona zaczęła się sama utrzymywać. I Maciek jest na tej drodze. Założył firmę, próbuje ją rozkręcać. Płaci podatki. Jak pójdzie do więzienia, kto go będzie utrzymywał? Społeczeństwo! Jaki to ma sens, skoro w więzieniu zdobycie narkotyków to żaden problem.
Jacek Charmast, przewodniczący Polskiej Sieci ds. Polityki Narkotykowej: - To koszmar. Łapanie za posiadanie. Wystarczy, że policja wjedzie na imprezę taneczną i jak myśliwy przy wodopoju - zawsze ustrzeli jelenia. A jak ktoś raz wpadnie w szpony systemu, zniszczy mu przyszłość.
Ministerstwo: najpierw leczyćMaciek i kilka tysięcy osób, które już siedzą za narkotyki, to ofiary zmiany ustawy antynarkotykowej z 2005 r., która wprowadziła zapis o karaniu za najmniejszą ilość narkotyków. Przepis miał pomóc policji w docieraniu do dilerów.
Tymczasem zdaniem specjalistów z Instytutu Spraw Publicznych, którzy w ub.r. przygotowali raport o efektach zapisu, artykuł 62 nie powoduje ograniczenia handlu narkotykami.
Potwierdzają to badania prof. Krzysztofa Krajewskiego z katedry kryminologii UJ. Naukowcy przeanalizowali 102 sprawy, każda skończyła się wyrokiem. Najczęściej za marihuanę, w większości przypadków chodziło o minimalne ilości. Tylko 7 proc. dotyczyło posiadania powyżej 20 gramów marihuany, co mogło wskazywać na dilera. Złapanie z kokainą albo heroiną to była absolutna rzadkość.
Tymczasem walka z paroma listkami marihuany pochłania pieniądze. Z badań Instytutu Spraw Publicznych wynika, że rocznie 80 mln zł!
Potrzebę zmian widzi już Ministerstwo Sprawiedliwości. Przygotowało nowelizację ustawy, która w ostatnich tygodniach trafiła do Sejmu.
Krzysztof Kwiatkowski, minister, proponuje, by sądy mogły częściej orzekać warunkowe umarzanie spraw - jeśli oskarżony miał niewielką ilość narkotyków na własny użytek.
- Jednym z najistotniejszych kryteriów oceny sądu powinno być zrozumienie, kim jest sprawca, w jakim celu posiada środki odurzające i jaki jest stopień społecznej szkodliwości czynu. Prawo trzeba stosować racjonalnie. Bezwzględną koniecznością jest zebranie informacji o sprawcy. Po to, aby i prokurator, i sąd wiedzieli, czy mają do czynienia z okazjonalnym użytkownikiem narkotyków, osobą uzależnioną czy dilerem. Przyświecająca nam zasada to "przede wszystkim leczyć".
Minister liczy, że dzięki nowelizacji budżet zaoszczędzi połowę z 80 mln zł wydawanych teraz na łapanie, skazywanie i więzienie drobnych narkomanów.
My, narkopolacy
Zaczęliśmy akcję "My, narkopolacy", by rozmawiać o uzależnieniach bez uprzedzeń i stereotypów. Bo to problem nas wszystkich. Uzależniamy się od papierosów, leków, pornografii, alkoholu, zakupów, narkotyków, pracy, hazardu.
Uzależnienie to choroba, nie przestępstwo, dlatego uważamy, że należy: * złagodzić represyjną ustawę z 2005 r., m.in. zaprzestać karania za posiadanie narkotyków na własny użytek; * zwiększyć dostępność leczenia substytucyjnego (uzależniony np. od heroiny dostaje zamiennik narkotyku, co pozwala mu normalnie funkcjonować); * rozpocząć nowoczesną edukację publiczną i wprowadzić skuteczną profilaktykę.
Więcej o akcji na www.narkopolacy.pl