Jesteś doświadczoną terapeutką. Byłaś narkomanką. - Destrukcja zaczęła się, gdy miałam 12 lat. Już paliłam fajki, potrafiłam się upić, narkotyki doszły około 14 roku życia. Morfina, dolargan, kupowane w aptece na tzw. białe recepty. Pieczątkę robiło się z gumki do ścierania. Potem heroina robiona z mleczka makowego, w Łodzi to się nazywało "makiwara", a w Polsce "szambo z badziewia" albo "zupa". Potem polski kompot. Nie było jeszcze takich czystych narkotyków jak po zmianie ustrojowej "brown" (brązowa heroina). Pojawiała się też marihuana, krople Inoziemcowa, z których robiło się opium. Wiedza chemiczna i farmakologiczna ówczesnych narkomanów była na wysokim poziomie (śmiech), proces wyrabiania heroiny z mleczka opracował student chemii z Gdańska.
Wiedziałaś coś o konsekwencjach brania? - Nie miałam pojęcia, czym to pachnie, co to znaczy być uzależnionym. Tym bardziej że ten pierwszy raz wcale nie był przyjemny. Ale trening czyni mistrza.
Twój pierwszy raz w żyłę? - Morfina.
A potem już poleciało? - Nie od razu. Żyłam w realnym świecie. Chodziłam do liceum, uprawiałam sport, narkotyki były przy okazji. Rok trwało, zanim zaczęłam odczuwać konsekwencje. Nie zdałam, poszłam do szkoły wieczorowej, tam spotkałam podobnych do mnie. Zajmowaliśmy się głównie włóczeniem się po ulicach. Ale z tyłu głowy miałam, żeby chociaż maturę zdać.
Zdałaś? - Zdałam, zdałam... poszłam tak nawalona, że napisałam 12 stron (śmiech). Heroina pobudzała do przelewania na papier. Nigdy nie lubiłam tak brać, żeby tracić kontrolę.
Etap Golluma??? słaniającego się na Centralnym to nie twoja bajka? - Uważałam, żeby nie doprowadzać się do tego stanu. Mam w pamięci obraz znajomych przysypiających i wypalających papierosem dziury w nogawkach. Mnie zresztą nie interesował narkotyk. Szukaliśmy akceptacji grupy, wsparcia, bliskości, kontestowaliśmy świat dorosłych. Narkotyki były dodatkiem do ideologii. Teraz ludzie wchodzą w uzależnienie z pustki, szukając czegoś, co ją zapełni.
Byłaś panienką z dobrego domu? - Dom pozornie był dobry, mama - żona oficera politycznego, nie pracowała. Zawsze podany
obiad. Rodzice starannie ukrywali to, że tata był alkoholikiem i tyranem, że od dziecka mnie bił. Był nieprzewidywalny, jak wracałam do domu i słyszałam karetkę, to się bałam, że może tata zabił mamę. U mamy zdiagnozowano schizofrenię. Nikt nie interesował się tym, co robię, tyle że miałam mieć same piątki.
Twoi rodzice żyją? - Nie, dlatego mówię tak otwarcie. Chciałam przetrwać. Żyłam na podwórku, szybko poznałam reguły. Było mi blisko do innych dzieciaków, takich jak ja popaprańców. Poznałam prostytutki, złodziei, bandziorów. Jak miałam 14 lat, nikt już nie miał władzy nade mną. Miałam w sobie masę agresji, w "ustawkach" na Piotrkowskiej laliśmy się między dzielnicami, po sto osób w drużynie. W szkole stworzyłam z dziewczynami bandę szkolną. Byłam łobuzem.
Bandziory nie gardziły narkomanami? - Wszyscy byliśmy wykluczonym elementem. Oficjalnie narkomanii nie było. Żeby nas zmieść z powierzchni ziemi, nie ujawniać, że istniejemy. Przeżyłam zamykanie na dołkach, bicie, poniżanie.
Ciebie też bili? - Nieraz. Posadzili mnie, jak miałam 19 lat. Część narkotyków kradliśmy w aptekach, zdrapywało się numery na ampułkach, by milicja nie odkryła, że to z włamania. Mnie się tego nie chciało, pojechałam z towarem na zimowisko. Była tam dziewczyna, która chciała spróbować, nie przyznała się, że jest zielona. Podałam jej narkotyk, dostała zapaści, przyjechała milicja. Dostałam dwa lata, oskarżono mnie z artykułu o nieumyślną próbę zabójstwa. Areszt to był koszmar. Jak milicjanci odkryli, że narkotyki są z włamań, próbowali wydobyć, kto kradł. Trzymałam się wersji, że kupiłam od nieznajomego. Mieli okrutne sposoby, np. rozbierali mnie do naga i się wyśmiewali. Trzy miesiące byłam sama w celi. Na przesłuchania wlekli o różnych porach dnia i nocy. Jak trafiłam do więzienia, byłam szczęśliwa.