Narkotyk uderza nie w nasze myślenie, świadomość, rozumienie, ale w głąb naszej psychiki - tam, gdzie nie mamy dostępu. Ba, nawet nie wiemy, że coś się stało, że zaszła w nas jakaś zmiana. Jesteśmy tacy sami jak dawniej. O tym, że to nie prawda, dowiemy się miesiące, czasem lata później. Wtedy dopiero, gdy jest już za późno, zrozumiemy, że zmiana zaszła już za pierwszym razem.
Fragment tekstu Moja heroina Macieja Kozłowskiego , który ukazał się w Dużym Formacie 3 lipca 2003
Wojciech Moskal: Nasze dziecko zaczyna się dziwnie zachowywać: zamyka się w pokoju, nie chce z nami rozmawiać, często bywa ospałe, zmęczone lub na odwrót - nadmiernie ożywione, skłonne do kłótni czy nawet agresji. Rodzice myślą: my też dojrzewaliśmy, ale nie aż tak. Pojawia się podejrzenie o narkotyki...
Tomasz Harasimowicz, terapeuta uzależnień: To wszystko rzeczywiście mogą być objawy dojrzewania. Dziecko wtedy inaczej się zachowuje, inaczej wygląda, pachnie, śpi - każdy nastolatek jakoś się zmienia. Skoro jednak coś nas niepokoi, trzeba to wyjaśnić. To mogą być kłopoty w szkole, pierwsza miłość, ale mogą to też być narkotyki.
Co wtedy?
Iść do poradni uzależnień- najpierw samemu. Nie kombinować na własną rękę, nie robić akcji typu przeszukanie czy przesłuchanie. Znaleźć w internecie najbliższą poradnię i iść do niej. Tam albo rozwieją twoje wątpliwości, albo udzielą pomocy i powiedzą co robić. Jeżeli nie ma problemu, to unikniemy niepotrzebnych, a bardzo przykrych przecież oskarżeń i całego odium, że dziecko bierze.
Nie należy biec do apteki, kupować testów na narkotyki i robić ich na własną rękę. Pierwszy test powinien zawsze zostać wykonany w laboratorium czy poradni. Tam na pewno zrobią to lepiej - wyniki testu można sfałszować. Dopiero jak w poradni powiedzą, że mamy sami kupować kolejne testy i robić je w domu, to tak trzeba zrobić.
Czy dziecko można uchronić przed narkotykami?
W 100 proc. nie. Ale można to ryzyko zmniejszyć. Konieczna jest normalna rodzicielska, troskliwa kontrola: jak dziecko spędza wolny czas, z kim się spotyka, gdzie bywa.
Stało się najgorsze - wiemy na pewno, że dziecko bierze. Np. znaleźliśmy narkotyki w jego pokoju.
Wprowadzamy w domu stan wojenny - zero prywatności. Tu nie może być żadnej tolerancji - w poradni dokładnie powiedzą nam, co robić. Nie wolno wierzyć w żadne historyjki - dla kolegi trzymam, znalazłem, w szkole mi podrzucili, itd. Dziecko prawie zawsze na początku będzie się wypierać.
Wielu rodziców jednak w to wierzy.
Bo w głębi duszy bardzo chcą żeby to była nieprawda - będą wierzyli w największe głupstwa, byle tylko oddalić od siebie myśl, że ich dziecko ma problem z narkotykami
Stan wojenny za marihuanę? Dla wielu to niewinny, miękki" narkotyk
Nie ma czegoś takiego jak miękkie i twarde narkotyki. Są tylko narkotyki. Marihuana w każdym podręczniku, każdym katalogu jest narkotykiem. Narkotykiem, który uzależnia i nie jest obojętny..
Jednak zdarza się, że kolega po prostu poczęstował na imprezie jointem czy dał spróbować amfetaminę. Kiedy to tylko głupia przygoda, a kiedy naprawdę poważna sprawa?
W przypadku narkotyków nie ma głupich przygód. Skoro pojawiły się w życiu dziecka, to sytuacja jest poważna. Nawet jeżeli to był tylko incydent, to należy ten incydent wyjaśnić i domknąć. Ale to domknięcie, to nie ma być pogrożenie palcem, tylko pójście do poradni. Należy to zrobić, bo dziecko musi zrozumieć, że nie ma przebacz, że jak to się powtórzy, to urwiemy mu łeb. Z własnej praktyki znam przypadki dzieci, które popalało tę "niewinną", jak mówią niektórzy, substancję i wpadało potem w tak głęboką psychozę, że potrzebny był wielomiesięczny pobyt w klinice.
Ktoś powie: Ja też sobie trawkę paliłem i nic się nie stało". Z kolei inny: Wiadomo, owoc zakazany smakuje najlepiej - niech raz spróbuje i ma to z głowy".
To skrajna głupota i nieodpowiedzialność. Nie wolno robić takich rzeczy. Rodzic absolutnie nie może afiszować się przed dzieckiem, że też miał kontakt z narkotykiem. Jestem zwolennikiem tego, że pewnych tajemnic rodzice przed dzieckiem nie powinni ujawniać - nie zdradzali, nie brali, nie robili w życiu świństw. No chyba że to ewidentne, ale to inna historia. Chodzi o to, żeby rodzice nie dostarczali dziecku broni przeciwko sobie.
Źródło: Gazeta Wyborcza