Męskie Granie

Wyłączny sponsor akcji:

Żywiec

Ręka i głowa Paramonowa

Alex Kłoś, Bogdan Wróblewski
2010-08-06, ostatnia aktualizacja 2010-08-06 18:58

Muzycy odkurzają pamięć o pewnym mordercy i złodzieju, powieszonym ponad pół wieku temu w Warszawie. Czym sobie zasłużył?

ZOBACZ TAKŻE
Lipiec 2010, stołeczne metro. Na ekranie informacyjnym wagoniku okładka płyty zespołu Apteka. Świętej pamięci prałat Jankowski trzyma w ręce wycelowany przed siebie pistolet, w drugiej widelce.

Na stronie Apteki na MySpace kawałki z nowej płyty. Pierwsze miejsce - "Ballada o Paromonowie". Transowy riff i głos Kodyma, Jędrzeja Kodymowskiego, enfant terrible polskiej sceny alternatywnej. Brzmi, jakby był pijaczkiem z Pragi.

- Tekst znalazłem w jakimś magazynie. To był impuls. Wiedziałem, że muszę to nagrać - opowiada Kodym.

Zaczyna tak:
:
Warszawa w kwiatach, mentownia w strachu, :
Bo znany gliniarz, poszedł do piachu:
Tam leży ręka, tu leży głowa:
To jest robota Paramonowa. :
Ale kto zacz ten Paramonow?

1. :
To była taka dziecinna gra, :
Gdy Paramonow humorek ma:
Na prawo ręka, na lewo głowa: :
To jest robota Paramonowa.*
:
To pierwsza oryginalna zwrotka "Ballady..." zapisana w "Warszawskich balladach podwórzowych" varsavianisty Bronisława Wieczorkiewicza. Oryginalna nie została chyba nigdy oficjalnie nagrana. Nie zarejestrowała jej żadna z kapel grających warszawski folklor. Śpiewano ją wyłącznie na podwórkach i podczas libacji. Starsi bracia i kumple uczyli młodszych i tak tekst przechodził z pokolenia na pokolenie.

Od przypomnienia historii Paramonowa prof. Bronisław Wieczorkiewicz zaczął rozdział o powojennych piosenkach szemranych. Jego książka to biały kruk na rynku antykwarycznym. Ocaliła od zapomnienia świat urkowskich songów, które obok romansów i pieśni o blaskach i cieniach ulicznego życia, opowiadają też historie pospolitych przestępców - urkowskich od imienia Urke Nahalnika, bandziora spod Łomży, który grasował na początku XX wieku.

Wśród nich szczególną pozycję zajmuje "Ballada o Felku Zdankiewiczu", królu warszawskich złodziei. Feluś Zdankiewicz wsławił się jednak nie złodziejskim kunsztem, lecz tym, że przelał krew stróżów prawa. W komisariacie na Mariensztacie zamordował dwóch carskich policjantów.

Jerzy Paramonow, kryminalista działający w latach 50., też zabił stróża prawa. Ulica i tym razem odpowiedziała balladą.

2. :
Dajcie mi młotek Paramonowa: :
Będę zabijał, będę mordował. :
Tu leży ręka, tam leży głowa: :
To jest robota Paramonowa.

Rok 1955, odwilż po latach stalinizmu. W stolicy otwarty zostaje Stadion Dziesięciolecia i Pałac Kultury. MSW zastępuje stalinowskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Powstaje Tygodnik Studentów i Młodej Inteligencji "Po prostu", najpoczytniejszy tytuł najbliższych lat. Ukazuje się "Zły" Leopolda Tyrmanda, sensacyjna powieść o powojennej Warszawie. O mafii Tyrmand pisze z żydowska - hewra. O zawodowej grupie przestępczej - chfta, a o bandzie chuliganów - naboja. To język urkowskich piosenek.

Prof. Wieczorkiewicz o Warszawie z 1955 roku: "Co prawda minęły czasy, gdy przechodzień wędrujący nocą nieoświetlonymi ulicami, gdzie wprawdzie odgruzowano jezdnie, lecz zamykały je puste mury wypalonych domów - mógł trafić w przemyślnie zastawioną pętlę. () Podnoszony do góry, doszczętnie ograbiany i wpół lub całkiem uduszony, nagi pozostawiany był przez opryszków w gruzach. (...) Ciągle jednak nie tylko w mieście, ale i w śródmieściu dość było ciemnych parków, skwerów, gdzie wieczorem lub nocą mogły wyłonić się znienacka niewyraźne postacie i zastępując drogę przechodniowi, oferować: "Kup pan cegłę!". (...) Chuligani wiązali się w gangi coraz bezczelniej, coraz zuchwalej panosząc się w mieście. (...) Rozgłos zyskała sprawa bandyty Paramonowa".

Jego historię odtworzyliśmy na podstawie akt w IPN (zachował się tylko jeden tom - akt oskarżenia i wyrok w procesie) oraz wycinków z "Expressu Wieczornego", popołudniówki, która długo pochwalić się mogła najlepszą kroniką kryminalną w stolicy.

Paramonow w 1955 r. ma 24 lata. Pochodzi ze Skierniewic. Skończył sześć klas podstawówki. Chował się na ulicy. Polska Ludowa nie dała mu żadnego zawodu. Pierwszy raz karany był jako 14-latek. Trzy razy za kradzieże, bójki i znieważanie funkcjonariuszy MO. Zawsze zwalniany za dobre sprawowanie. Przed Wielkanocą wyszedł z więzienia w Siedlcach (siedział za kradzież marynarki). Latem 1955 r. zamieszkał u szwagra przy ul. Tylżyckiej na warszawskim Żoliborzu. Zaczął pracować jako magazynier Domu Książki, którego szwagier był kierownikiem.

Zapada już zmrok, gdy 19 sierpnia 1955 r. Paramonow kończy drugą zmianę. Jak co dzień idzie na przystanek tramwajowy na rogu Syreny i Wolskiej. Jest rozdrażniony. Czy ma przy sobie łom, czy młotek - tego już nie da się ustalić. O godz. 21.50 z oględzin włamania do Fabryki Płyt Gramofonowych przy Płockiej wraca dzielnicowy st. sierżant Stanisław Lesiński.

Kto kogo zaczepił? Nie wiadomo. Według prokuratorskiej wersji Paramonow uderza: raz, drugi, trzeci (Lesiński przeżył, ale stracił oko). Bandzior zabiera mu tetetkę i zapasowy magazynek.

Od tej pory musi się ukrywać.

Następnego dnia w Międzyborowie napada na sklep GS-u. Twarz kryje za maską wyciętą z gazety. Sklepową terroryzuje pistoletem. Zabiera 10 tys. zł. Wieczorem w miejscowości Sade Budy kradnie rower z zagrody.

3. :
Na Ogrodowej ktoś głośno wrzasnął, :
To Paramonow młotkiem go trzasnął. :
A pod Polonią banda morowa:
Chwali robotę Paramonowa
.

Do stolicy Parmonow wraca po sześciu dniach. Ekspedientka ze sklepu WSS na widok pistoletu oddaje mu utarg 1400 zł. Wieczorem czeka we Włochach na zamknięcie restauracji Goplana. Łup - 1200 zł.

W końcu sierpnia kręci się przy pośredniaku na Podwalu. Szuka kompana. Poznaje cztery lata młodszego Kazimierza Gaszczyńskiego. Dalej będą napadać razem.

Na pierwszy cel wybierają matecznik Gaszczyńskiego - Saską Kępę. W sklepie przy ul. Waszyngtona rabują 11,6 tys. zł. Forsa idzie na przelew i przygodnie poznane kobiety. :
Kodym śpiewa: :
Rabują sklepy więc forsę mają:
Nocami dziwki na nich czekają:
Gorzałka leje się kolorowa:
Bawi się banda Paramonowa.


Kilka dni przerwy i 6 września Paramonow z Gaszczyńskim, zamaskowani słonecznymi okularami, obrabiają sklep MHD. Przypadkowego klienta Paramonow terroryzuje pistoletem przystawionym do głowy. Po dwu dniach - solo - rabuje kolejne trzy tysiące w sklepie przy Popularnej w Warszawie. 10 września razem z Gaszczyńskim wypuszczają się do Anina. Tym razem, gdy Paramonow sięga do kasy po 150 zł, przypadkowy klient chce bronić społecznego mienia. Chwyta butelkę, by go zdzielić po głowie. Paramonow strzela. Celnie. Kula przechodzi przez policzek Piotra Szymczaka, zatrzymuje się na potylicy (przeżyje, ale nie będzie w stanie złożyć zeznań). Wybiegają z Gaszczyńskim na ulicę. Jeszcze dwa strzały w drzwi sklepu, by powstrzymać pościg. Na ponad tydzień zakopują się w praskich melinach.

Dopiero 18 września ruszają za Warszawę. We wsi Bartniki koło Skierniewic (rodzinne strony Paramonowa) planują napad na plebanię. Krzykiem płoszy ich gospodyni. Następnego dnia sklepowej w Skierniewicach każą wejść za szafę. Nie stawia oporu. Zabierają 4 tys. zł.

- Paramonow to symbol - mówi dziś Kodym. - Ludzie zobaczyli w nim kontrkomunistę, bo walczył z systemem.

W latach 80. śpiewano o Parmonowie na punkowych balangach. W III RP balladę nagrała Transmisja, kapela reggae i ska z Grochowa, potem WAWAmuffin. Liderem obu kapel jest Gorg.



- Tę piosenkę śpiewało się po podwórkach, po paru browarach czy winku - opowiada. - Ja usłyszałem ją od kolegi w takich właśnie okolicznościach, na Woli, w latach przełomu 89/90. Zapadła mi w głowie. Zaintrygowała, choć nawet nie planowałem, że będę kiedyś śpiewał. Powstała jednak Transmisja. Improwizowany tekst usłyszał kumpel z Muzeum Historycznego m.st. Warszawy. Podrzucił mi ksero tekstu z książki Wieczorkiewicza. Ciężko dociec, jaka była oryginalna melodia. Każdy śpiewa to po swojemu.

Gorg uważa, że tekst nadaje się świetnie do nawijania. Nawija tak: :
Na chuj ta gadka, tak-tak, na chuj ta mowa, :
Dawać mi tutaj Pa-pa-paramonowa...
:
- Długo nie miałem pojęcia, o kim śpiewam. Paramonow funkcjonował jako hasło. Brzmiało to w każdym razie jakoś tak rosyjsko. Z tekstu piosenki wynika, że to cop killer, zabójca glin, supergangster. Ale okazuje się, że to pospolity rzezimieszek.

Piotr Osęka, historyk PRL-u: - Legenda wokół tej postaci, jak i jej podobnych, wiąże się z ich malowniczością. Zwykłych zjadaczy chleba oni fascynują, choć jest to fascynacja na odległość, bo zwykli ludzie Paramonowa nie chcieliby spotkać.

Paweł Moczydłowski, socjolog, były szef więziennictwa: - W tym się wyraża nasze upodobanie do agresji, ciemna strona natury. Tęsknota do destrukcji, której nic nie ogranicza - rozpierdolić co się da i jak się da. To jest siła takich postaci.

Osęka: - Uważałbym z oceną, że Paramonow zdobył serca Polaków.

4. :
Legenda Paramonowa zaczęła się od zabójstwa sierżanta Łęckiego. :
Bo Paramonow zabił sierżanta, :
By z naszej władzy zrobić palanta.


Jest ciepły wieczór 21 września 1955 r. Parmonow, jego szwagier Zdzisław Gadaj oraz szwagier szwagra Ryszard Patrycy zaczynają od pół litra przy Prądzyńskiego. Patrycy zostaje w domu. Paromonow z Gadajem rozochoceni jadą tramwajem na róg Al. Jerozolimskich i Marszałkowskiej, na warszawski pigalak. Poznają Władysławę Buraczyńską i ruszają do lokalu - eleganckiej Stolicy. Balują resztę nocy, a o godz. 4.30 zamawiają taksówkę i jadą, by na ul. Pankiewicza w sklepie nocnym kupić wino i czekoladę. Prezent dla Władzi.

Opel-taksówka wiezie rozbawione towarzystwo. Staje na rogu Wspólnej i Marszałkowskiej przy Ministerstwie Budownictwa Przemysłowego. Jurek i Władzia na tylnym siedzeniu całują się, popijając z butelki wino. Parę w taksówce dostrzega władza. To sierżant Zdzisław Łęcki patroluje na rowerze Śródmieście stolicy.

Czy Łęckiego zdenerwowała obraza moralności publicznej? A może szukał sprawców włamania, jakie zdarzyło się tej nocy w jego rejonie? Nie wiadomo. Fakt, że towarzystwo wydało mu się mocno podejrzane. Kobietę puścił, mężczyznom zabrał dowody osobiste, a taksówkarzowi kazał jechać na komendę dzielnicową przy ul. Wilczej. Sam pierwszy ruszył rowerem.

Dalej historia przyspiesza. Łęcki odstawia rower pod ścianę komendy i podchodzi do hamującego opla. Gdy Paramonow wysiada, wypada mu na jezdnię zapasowy magazynek. Sierżant to widzi. Paramonow ocenia sytuację na zimno. Strzela trzy razy. Jedna kula trafia w serce. Druga w płuco. Sierżant miał 27 lat, zostawił dwoje dzieci.

Paramonow rzuca się do ucieczki. Wilczą przez podwórka na Piękną. Za nim trzech milicjantów. Paramonow terroryzuje taksówkarza z pl. Konstytucji. Sierżant Zenon Misztal strzela sześć razy. Trzy pociski trafiają w błotnik taxi. Paramonow ostrzeliwuje się z auta, Misztal dostaje w udo. Ranny zatrzymuje przejeżdżającą warszawę i goni taksówkę. Tramwaj w Al. Jerozolimskich przecina drogę i blokuje pościg.

Paramonow gna taksówką Marszałkowską - Świętokrzyską - Mazowiecką - Traugutta - Krakowskim Przedmieściem - Piusa - Zapieckiem - Świętojańską (kluczy) - znów Krakowskim - Karową - Wybrzeżem Kościuszkowskim (już nad Wisłą) - Krasińskiego. Porzuca taksówkę, biegnie do szwagra na Tylżycką po swoje rzeczy.

Z Żoliborza jedzie do Włoch (przedmieścia stolicy), ale zawraca na Dworzec Zachodni. Wsiada w pociąg podmiejski. Po paru stacjach znów zmienia plany. Wraca do Warszawy. Idzie na Zamoyskiego (Praga, tuż przy fabryce Wedla i parku Skaryszewskim) do kumpla - Kazika Gaszczyńskiego.

Razem ruszają w swój ostatni, bandycki rajd.

5. :
A w stogu siana koło Wschodniego:
Spał Paramonow ze swym kolegą. :
Bo Paramonow zabił sierżanta, :
By z naszej władzy zrobić palanta. :

Milicji został w rękach dowód osobisty Paramonowa. W gazetach ukazują się listy gończe: "Wszystkie władze cywilne i wojskowe powinny zatrzymać i odstawić poszukiwanego do KMO m.st. Warszawy".

Osęka: - Zagrożenie przestępczością w latach 50. i 60. było bardzo wysokie. Represyjne państwo było nastawione na ściganie czego innego. Tyrmand w "Dziennikach" pisze, że grupa chuliganów terroryzuje ulicę, a grupa milicjantów odwraca się tyłem. I dalej, że może sobie wyobrazić, że gdyby zamiast nich pojawiłaby się grupa wznosząca jakieś hasła polityczne, to w mgnieniu oka znalazłyby się kilkakrotnie większe siły milicji, wojska, bezpieki. Czarna legenda Pragi powstała w latach 50. i 60. Lęk przed przestępczością był większy niż dziś, choć w gazetach o tym nie pisano. Twarde liczby z raportów MSW i MO pokazują dane, które były wtedy tajne: w 1961 r. w województwie warszawskim grasowało kilkanaście band zbrojnych, uzbrojonych nawet w broń maszynową. To przeczy potocznym wyobrażeniom, że w PRL-u w użyciu były tylko kastet i nóż.

Paramonow z Gaszczyńskim zwijają się z miasta. Płock - Kutno - Łowicz - Skierniewice - Piotrków Trybunalski - Łódź - Łuków - powrót do Warszawy - to ich szlak. Bandyckie wyczyny są coraz bardziej żałosne. 25 września z Łowicza do Skierniewic idą pieszo, przy torach. Przypadkowemu mężczyźnie zabierają rower. Jadą na nim we dwóch. Gdy pod Skierniewicami próbują zrabować następny rower, napadnięty wzywa pomocy. Płoszy bandytów. Już w mieście w sklepie PSS rabują 2,5 tys. zł, pół litra i papierosy. Starcza im na kilka dni.

2 października wieczorem wracają do Warszawy, kładą się spać w stogu słomy koło Dworca Wschodniego.

Odnalezione w IPN akta przedstawiają fikcję milicyjnych poszukiwań: "Przedsięwzięcia MO ograniczały się raczej do patrolowania dworców PKP, PKS, ulic, parków. W materiałach brak jest danych o pracy tajnych współpracowników" - czytamy.

Osęka: - Widziałem raporty warszawskiego komitetu PZPR akurat z 1955 r. Jesienią było specjalne posiedzenie komitetu w sprawie przestępczości w Warszawie: coraz więcej napadów, rabunków. Sprawa Parmonowa też była przywołana. Podano dane, że w ciągu roku poranionych lub zabitych zostało 300 milicjantów. Myśl przewodnia była taka, że milicja nie może zupełnie liczyć na pomoc społeczeństwa, traktowana jest jako element znienawidzonego systemu. W stanie wojennym na Podlasiu była banda Józefa Koryckiego, który miał pseudonim "Janosik". Nie znam akt śledztwa, ale rzekomo Korycki rabował po wsiach wyłącznie pieniądze państwowe i rozdawał je rolnikom. Pewnie część rozdawał, część sobie zostawiał, jak to watażka. Był nieuchwytny, bo chłopom nie doskwierał, a rabował głównie sołtysów i zabierał im podatki. Zupełnie jak Robin z Sherwood. Zatrzymywany był z użyciem wojska, helikopterów. W legendzie Paramonowa też mógł być cień zadowolenia z tego, że milicjanci oberwali, że za nasze krzywdy im ktoś odpłacił.

6. :
Lecz nasza władza się skapowała:
I dwóch gliniarzy mu znów nasłała. :
Oni złapali Paramonowa: :
Czapa dla niego jest już gotowa! :
Na nocny patrol z 2 na 3 października w okolice Dworca Wschodniego wychodzą st. sierż. Józef Ostrowski i sierż. Henryk Skiba. Za fabryką motocykli, za Terespolską przy torach stoją w polu trzy stogi. Na jednym widzą wygniecione dziury, tak jakby ktoś wdrapał się na szczyt. Ostrowski wprowadza kulę do lufy. Skiba go ubezpiecza. Ostrowski wspina się. Ktoś chrapie. Ręce do góry!

Obudzeni Gaszczyński i Paramonow nie uciekają, nie bronią się. Milicjanci wiążą im ręce paskami od płaszczy i prowadzą na komisariat. - Gdybym miał jeszcze pestki [naboje], inaczej by było - mruczy po drodze Paramonow.

Władza ogłasza zwycięstwo, a pani Aniela z Gniezna pisze do prokuratury: "Pismo moje dotyczy osoby Paramonowa, bandyty i mordercy sierżanta Łęckiego. Moim zdaniem przy rozważeniu tej sprawy nie powinien zawisnąć na szubienicy, raczej dożywocie zastosować. Jest młody, niech pracuje i to ciężko w kopalni węgla, będzie państwo z niego miało pożytek. Wykonamy przez to prędzej plan odbudowy naszego państwa, a zarobione przez niego pieniądze przekazywać na wdowy i sieroty po zamordowanym sierżancie MO. Z tem jeszcze że na przyszłość, gdyby kiedykolwiek wyszła amnestia, nie dawać jemu ani dnia".

Miesiąc później akt oskarżenia gotowy. Podprokurator Zalewski pisze, że Paramonow "dopuścił się czterokrotnie zamachu na życie, dziewięć razy na własność społeczną, cztery razy na własność osobistą". Gaszczyńskiemu przypisuje sześć napadów rabunkowych i trzy kradzieże.

Minie dziesięć dni i tłum warszawiaków ciągnie do sądów na Lesznie. Miejsca na sali rozpraw trzeba biletować, tylu jest chętnych.

Paramonow - niewysoki (170 cm), lekko łysiejący blondyn o niebieskich oczach - ma białą koszulę i marynarkę. "Spokojnym, beznamiętnym głosem opowiada historię swoich zbrodni i występków, jakby relacjonował najbardziej oczywiste fakty" - piszą reporterzy sądowi. Przyznaje się.

Sędzia Stepczyński, wiceprezes sądu wojewódzkiego, pyta: - Na co szły zrabowane pieniądze?

- Na hulaszczy tryb życia - odpowiada podsądny.

Stepczyński proces zaplanował na trzy dni. 12 listopada w sądzie gromadzą się "znani milicji chuligani i bikiniarze" - odnotowuje reporter "Expressu". Zalewski żąda kary śmierci. I prezes Stepczyński nie waha się - skazuje obu bandytów na śmierć: "Sąd nie dopatrzył się jakichkolwiek okoliczności łagodzących".

Rada Państwa zamienia wyrok Gaszczyńskiego na dożywocie, wyjdzie na warunkowe zwolnienie po 20 latach, trafi za kratki po pół roku, potem jeszcze raz i drugi. Umrze w 2006 r.

Paramonow na łaskę nie zasługuje. 21 listopada 1955 r. kat wiesza go w mokotowskim areszcie.

7. :
Już Paramonow zęby zaciska, :
Bo mu ładują kulę do pyska. :
Cała Warszawa chodzi w żałobie, :
Bo Paramonow leży już w grobie.
:
Gorg: - Piosenka największe wrażenie zrobiła podczas koncertu w Areszcie Śledczym przy Rakowieckiej, czyli sławnym "Mokotowie". Publiczność była zachwycona. Potrafiła docenić szczerą robotę na scenie. Były oklaski i wspólne śpiewy.

Dla Gorga "Ballada o Paramonowie" to żart, przykład czarnego humoru.

Wyrażanie nienawiści do policji w piosenkach jest równie stare jak sama policja. Raper Wilku z legendarnej warszawskiej formacji Hemp Gru jest autorem hasła HWDP - wszyscy widujemy je na murach.

10 lutego 2010 r. na przystanku na warszawskiej Woli - w dzielnicy, gdzie Paramonow napadł Lesińskiego - ginie mł. aspirant Andrzej Struj. Wraca z zakupów w centrum handlowym. Przez okno tramwaju widzi, że jakiś nastolatek uderzył w tramwaj koszem na śmieci. Wysiada, żeby zwrócić mu uwagę. Nastolatków jest dwóch. Jeden pięć razy uderza policjanta nożem. Ludzie patrzą. Nikt nie reaguje.

*Rozdziały tekstu zaczynamy zwrotkami z oryginalnej wersji ballady spisanej przez Bronisława Wieczorkiewicza

  • Ręka i głowa Paramonowa zielony_rosomak 09.08.10, 14:34

    szukam piosenki, w której jedna ze zwrotek rozpoczyna się słowami: ja jestem zbir! warszawski zbir. Więcej tekstu niestety nie pamiętam. Śpiewał ją kiedyś jeden zawiany gość w tramwaju. »