Przemierzam Południe. Długie wzgórza, droga równa i czysta, przede mną ogromny pontiac z lat 70., nie działa jedno światło hamulcowe, za kierownicą Afroamerykanin z gęstą brodą. Trzymam się go długo, choć jedzie za szybko; nie puszczam tego widoku – minionego kraju krążowników szos. Wielkiej Ameryki, o jakiej marzą wyborcy Trumpa.

A może trochę my wszyscy.

Na stacji benzynowej kasjerka obserwuje latynoską rodzinę – matka, ciotka i dwoje maluchów – i wcale tego nie ukrywając, wyklina ich półgłosem.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej