Po ogłoszeniu nominacji Bretta Kavanaugha do Sądu Najwyższego Trump wyglądał na w miarę zadowolonego ze swojego wyboru. „Jest bardzo bezpieczny - powtarzał. - To nasz pewniak”. Ale już pod koniec lata w wieczornych rozmowach telefonicznych zaczął wysuwać zastrzeżenia. Nieoczekiwanie Kavanaugh stał się dla Trumpa solą w oku: W Sądzie Najwyższym nie ma protestantów. „Wiedziałeś o tym?” - zapytał jednego ze znajomych.

Na ośmiu urzędujących sędziów wszyscy byli żydami lub katolikami. Kavanaugh też był katolikiem.

„Czy nie możemy znaleźć prawników, którzy nie są katolikami albo żydami? - zastanawiał się Trump. - Czy wśród prawników nie ma już WASP-ów*?”.

Trumpowi nie mieściło się w głowie, że umknął mu ten istotny szczegół na temat Sądu Najwyższego. Odwrócił się bieg historii i nikt tego nie zauważył - ani go o tym nie poinformował. „Mieliście samych protestantów, a po kilku latach żadnego. Czy to nie dziwne? Ani jednego. Ale przecież nie powiem - ciągnął Trump, wychowany jako prezbiterianin - że chcę mieć protestanta, żeby było sprawiedliwie. Nie, tego zrobić nie mogę. Chociaż powinienem móc. Wiodąca religia w kraju powinna mieć przedstawiciela w Sądzie Najwyższym”.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej