Już sam fakt, że PiS wygrał ostatnie wybory, był dostatecznym powodem do zmartwienia, ale wysyp komentarzy, który zapełnił tak-zwane-wolne-media tuż po, wprowadził mnie w stan furii. Nie dość bowiem, że musimy się zmagać z uporem suwerena, do którego nie dociera nic poza rządową propagandą, to jeszcze trzeba znosić nieodpowiedzialność całej rzeszy komentatorów, którzy wyrabiając wierszówkę, wylewają w nią całą swoją odruchową frustrację.

Pierwszy bezrefleksyjny impuls po bolesnym rozczarowaniu to zawsze „łapać winnego!”, którym jest każdy, tylko nie sam piszący, a już najlepiej Grzegorz Schetyna, polityk, na którego zwala się od kilku tygodni absurdalna fala hejtu. Tak, drogi gęgu dziennikarski, to o tobie mowa i o twojej nad wyraz wątpliwej roli w dbaniu o resztki sfery publicznej w Polsce.

Nie będę wymieniać nazwisk, ale w moich oczach najbardziej zbłaźnili się ci, którzy przyznawali się otwarcie, że głosowali na Wiosnę, a jednocześnie mieli za złe Koalicji, że nie wygrała z PiS-em: te kilka głosów akurat bardzo by się zjednoczonej opozycji przydało, ale po stronie wiośnianego elektoratu dziennikarskiego nie zauważyłam choćby jednej autokrytycznej refleksji, raczej buńczuczne zaparcie, by całą winę po raz kolejny zwalić na Schetynę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej