Ci, którzy jedzą grzanki, będą jeść
suchary; nic się nie zmieni; ci wszyscy
poubierani dzisiaj
w skarpetki, w szelki, wyfasują jutro
pas i onuce; i pójdą, nakryci
paradoksalnym parasolem ognia,
co prawda tyralierą,
ale tym samym krokiem
marszowym, którym wczoraj szli spod feretronów
pod transparenty;
niedzielny spacer zmieni się w codzienny marsz.

Ci, którzy liżą klamki, będą gryźć
kraty, lecz nic się nie zmieni, bo wszyscy
przezornie stracą dzisiaj
kły i siekacze, by przeżuwać jutro
tylko jedzenie; siądą, osłonięci
paradoksalnym parawanem murów,
wprawdzie w wieżach strażniczych,
lecz na tym samym stołku,
który stał jeszcze wczoraj przy stole i pryczy
pod ścianą celi;
niedzielna drzemka zmieni się w codzienną straż.

Ci, którzy biją czołem, będą bić
w twarz, ale nic się nie zmieni; ci wszyscy,
co nie umieją dzisiaj
spoglądać w oczy, będą strzelać jutro
pomiędzy oczy; pójdą, zagarnięci
paradoksalną paradą pobitych,
wprawdzie unosząc ramię,
ale tym samym ruchem,
którym umieli wczoraj wznieść ręce do góry
lub złożyć dłonie;
niedzielna msza przemieni się w codzienną kaźń.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej