Przerzucając pamiątki Rzeczypospolitej, Henryk Rzewuski, pisarz i tradycjonalista sarmacki, rozważał, dlaczego upadła miła ojczyzna. Dociekał wedle rozumu i logiki braci szlacheckiej, tej z podgolonymi łbami, do których kładziono w latach szkolnych schematy łacińskiej gramatyki z popularnego podręcznika zwanego alwarem - od nazwiska jego portugalskiego twórcy. W gawędach Rzewuskiego alwar występuje jako synekdocha oświaty jezuickiej, przez którą przeszło grono synów szlacheckich z pierwszej połowy XVIII wieku, późniejszych konfederatów spod znaku Targowicy - obrońców „przedustawnych”, jak harmonia świata, wolności szlacheckich. Z tą konfraternią Rzewuski się utożsamiał, składnie wyjęzyczał to, co jej czerep rubaszny ledwo zdołałby wydukać.

„Tać to szeroko rozprawiają - zrzędził ustami swojego literackiego alter ego, cześnika Soplicy - że nasza ciemnota robiła nas niesposobnymi do postawienia mocnego rządu, że moralność publiczna zniknęła była w zabobonach i klasztornych dziwactwach, że brak oświaty tak przytłumił uczucia uczciwości, iż u nas miano za zaszczyt brać jurgielta zagraniczne (…) [Wszelako] niewiele rubli i talarów weszło w kieszeń tych, co z Alwara wzięli swój rozum i głowy sobie podgalali. Między fraczkowymi to, między tymi, co po polsku z musu tylko i z biedy mówili, a po zagranicach ciągle wędrowali i pudrowali czupryny, można je znaleźć stosami; wszak to oni przy sterze rządowym siedzieli”.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej