Drogi Robie Riemen,

w swojej świetnej książce „Wieczny powrót faszyzmu” powiadasz, że faszyści to „demagodzy bez jakiejkolwiek idei, z polityką pełną nienawiści i resentymentów, zakorzenioną w strachu przed wolnością, i najgorszej małoduszności, która nie mogła doprowadzić do niczego innego niż do przemocy, nieskończonej przemocy”.

Przypominasz dalej słowa Alberta Camusa, że „historia ma może swój kres; naszym zadaniem jednakże nie jest ją kończyć, ale ją tworzyć (...). Broniąc piękna, przygotowujemy dzień odrodzenia, kiedy cywilizacja w centrum swojej refleksji, z dala od zasad formalnych i zdegradowanych wartości historii, umieści tę żywą cnotę, która buduje wspólną godność świata i człowieka” („Człowiek zbuntowany”, przeł. Joanna Guze).

Chciałbym, by te uwagi stanowiły kontekst moich rozważań.

Faszyzm, o którym dziś myślę, to nie jest zwarta doktryna i wyprowadzony z niej projekt polityczny. To raczej nastrój, klimat duchowy, rodzaj wrażliwości, który określa sposób, w jaki ludzie pojmują relacje w życiu publicznym.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej