Fragment książki Joanny Szulc „Sama mama”. Premiera 19 czerwca, Wydawnictwo Agora

Kiedy przychodzi do pani kobieta i mówi: „Moje małżeństwo się sypie”, o co pani dalej pyta? Co dla pani jest wyznacznikiem tego, że sytuacja jest rzeczywiście trudna?

– Brak jakiejkolwiek płaszczyzny porozumienia. Świadomość, że żadna ze stron nie chce już niczego z tym „sypaniem się” zrobić. Czasem zapraszam ich oboje. Jeśli jest jakaś wola poprawy, jakikolwiek punkt zaczepienia, to kieruję ich na terapię małżeńską. Zdarza się też, że na dwa-trzy spotkania z terapeutą małżonkowie idą po to, by spokojniej się rozstać, by ustalić sprawy z dziećmi.

Co to są za płaszczyzny, na których oni nie mogą się porozumieć? Co tak naprawdę najbardziej ją boli?

– Najczęściej chodzi o wzajemne niezrozumienie. O taką sytuację, gdy jedna osoba coś mówi lub robi, a druga kompletnie nie rozumie, o co jej chodzi, co ona czuje, co myśli.  

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej