Na Uralu zawrzało. Mieszkańcy Jekaterynburga przez tydzień wychodzili na skwer w centrum miasta, by zaprotestować przeciwko budowie prawosławnej świątyni. Krzyczeli: „To nasze miasto!”.

Niektórzy analitycy już porównują ten protest z kijowskim Majdanem. Na pierwszy rzut oka przesadzają. Na Ukrainie chodziło o fundamentalną kwestię ustrojową, wręcz wybór cywilizacyjny – akces do struktur europejskich. W Jekaterynburgu chodzi o niewielki park w centrum nad rzeką Iset, tuż przy miejskim teatrze. Ale oczy całej Rosji zwrócone są na Ural, bo zwykły protest w obronie przestrzeni publicznej stał się symbolem gniewu obywateli, którzy mają naprawdę dość tego, że władze znowu decydują nad ich głowami.

Coraz głośniej się mówi, że jeśli późny putinizm zaczyna się gdzieś chwiać, to nie w metropoliach, wśród zadowolonej z życia klasy średniej, ale na prowincji.
Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej