Mirosław Wlekły z Rzymu

Stefano Libertiego poznałem podczas wspólnej podróży europejskich dziennikarzy do Dominikany, kiedy usiłowano nam wmówić, że haitańscy pracownicy plantacji bananów wcale nie są niewolniczo wykorzystywani. Był z nas najbardziej dociekliwy. Wątpił, dopytywał, prowokował. Pewnego dnia, ku zdenerwowaniu organizatorów objazdu, we dwóch oderwaliśmy się od grupy, by w przygranicznym Dajabón odwiedzić dominikanina ks. Regino Martineza, weterana walki o prawa haitańskich robotników.

Dwa lata później niedaleko swojego domu w stolicy Włoch Stefano zabiera mnie na spacer po ekskluzywnym centrum handlowym sieci Eataly. W Rzymie jest tylko taki jeden. Pozostałe w Mediolanie, Nowym Jorku, Tokio… Na trzech piętrach w tej mekce slow foodu zgromadzono wszystko, co kuchnia włoska i tamtejszy przemysł spożywczy mają do zaoferowania. Nie znajdzie się tu wieprzowiny z masowego chowu, o której Liberti pisze w książce „Władcy jedzenia”, ani tuńczyka z odległych oceanów, który po wielokrotnym wygotowaniu całkowicie traci smak.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej