Siedzimy z Andrzejem przy komputerze w warszawskiej kawiarni. Patrzymy, jak sprawnie pracuje Tomek.

Andrzej to właściciel firmy X z branży marketingu. Tomek to program, który śledzi komentujących na forach i w mediach społecznościowych, zbiera dane z sieci, porządkuje, analizuje.

Firma X zarabia na zwykłym marketingu, ale kilka lat temu pracowała w kampanii wyborczej. Mechanizm, który sprawdza się przy wciskaniu reklam, sprawdził się w wyborach.

Za pieniądze jednej z partii X zajmowała się manipulacją. – Wrzucaliśmy na Facebooka 20 fałszywych fanpage’ów: wokół tego, że benzyna jest za droga albo że ktoś za mało zarabia. Grzaliśmy na nich ruch kampaniami płatnymi – opowiada Andrzej. – Po 24 godzinach wyłączaliśmy 15 z nich, bo nie zapisywali się do nich żadni użytkownicy. Zostawało nam pięć i tam kierowaliśmy resztę budżetu. Po kolejnych 24 godzinach zostawały nam dwa, w których na kupionym tysiącu lajków nadbudowywało nam się 10 tys. prawdziwych ludzi. Na tym polega prawdziwa propaganda w sieci – nie na tępym uderzaniu liczbą. Na znajdowaniu tych linii narracyjnych, które wpływają na ludzi.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej