Prawiem zapomniał, jak smakuje trwoga*
William Shakespeare

– Ale wiesz, że to są wszystko problemy pierwszego świata? – Sam parzy herbatę i siada w fotelu naprzeciwko, żeby porozmawiać o tym, czego się boi w brexicie. – Tak szczerze to my się w Brytanii oduczyliśmy bać. Od dawna nikt tu się niczego tak naprawdę nie bał, przynajmniej ja nie pamiętam. No, od czasu, kiedy prześladowały mnie dziewczyny ze szkoły, bo byłam gruba, ale to było 30 lat temu. Ich się naprawdę bałam, ale nie schudłam od tego nawet funta.

– Oczywiście na pierwszym miejscu jest utrata pracy. Gdy człowiek czyta o tych wszystkich posadach, które znikają z Londynu, o planach zamknięcia fabryk samochodów, to się martwi, czy to nie zaszkodzi gospodarce, ale jednocześnie rynek pracy ma się nieźle, wciąż mamy ponad 850 tys. wolnych miejsc pracy – tłumaczy Sam.

– Brexitowe strachy są prawdziwe, nie można tego ludziom odmawiać, ale to nie znaczy, że są poważne. To największa zbrodnia brexitu: stworzyliśmy problemy, których mogłoby nie być. Wydajemy pieniądze i koncentrujemy uwagę na Zjednoczonym Królestwie, podczas gdy moglibyśmy budować świadomość i pomagać tam, gdzie naprawdę są problemy, gdzie naprawdę jest głód, a nie obawa, że zabraknie mleka kokosowego w puszkach.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej