To nie jest strajk jedynie o kasę. To jest strajk o godność. Jak stoczniowcy w 1980 roku żądający godnych warunków życia i zwykłej ludzkiej przyzwoitości występowali w imieniu wszystkich Polaków, tak dziś nauczyciele strajkujący w tysiącach szkół w całym kraju w istocie mówią w imieniu nas wszystkich. Owszem, żądają pieniędzy, które – cytując Beatę Szydło – po prostu się im należą, ale zarazem żądają czegoś znacznie ważniejszego: przyzwoitości w życiu publicznym.

Cztery dekady temu komunistyczna władza sprowokowała wybuch swoim nieudacznictwem, cynizmem i bezczelnością. Nieumiarkowaniem w korzystaniu z uprzywilejowanej pozycji. Wydawaniem góry pieniędzy na rzeczy ważne dla rządzących, lecz nieważne lub wręcz szkodliwe z punktu widzenia obywateli. Demonstrowaną na każdym kroku arogancją kasty panującej. Służbowymi limuzynami, etatami dla krewnych i znajomych Królika, dwórkami naczelników i budowlami wznoszonymi na chwałę sekretarzy, gdy przeciętnej rodzinie nie starczało do pierwszego.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej