Co – oprócz spóźniających się autobusów i nieprzyjaznych rozkładów – zniechęca do komunikacji miejskiej? Niekorzystny układ przystanków. Największym utrapieniem pasażerów są potężne skrzyżowania, estakady czy ronda. Wybudowane kiedyś z myślą o kierowcach.

Zwykle kończy się tak: żeby z autobusu przesiąść się do tramwaju, musimy podreptać nawet kilkaset metrów, zatrzymać się na czerwonym świetle przed kilkoma przejściami dla pieszych, zejść i wyjść schodami, a potem poczekać na zielone światło przy torowisku. W tym czasie nasz tramwaj odjeżdża.

Wzorca nie trzeba szukać daleko. Berlin grupuje przystanki w hubach przesiadkowych. Ideałem jest Alexanderplatz, gdzie stację metra od peronów przystanku S-Bahnu i autobusów dzielą 2 min spaceru, w zasięgu kilkunastu kroków zatrzymują się też tramwaje. Patent na rozsiane przystanki znaleziono też w Wiedniu – w wielu miejscach autobus i tramwaj zatrzymuje się przy tej samej wysepce, a kilka kroków dalej – nie za dwoma światłami i przecznicą – jest wejście do metra.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej