Wolałem słowo „zgodność” lub „współpraca”, ale to „kompatybilność” stała się zaklęciem, które długi czas określało nasze relacje z NATO. Mówiono o kompatybilności żołnierzy, ich wyposażenia i uzbrojenia, a także struktur państwowych. Słowo niepiękne, ale poręczne, zawierało element zimnej technologicznej kompetencji i wywodziło się z języka angielskiego obowiązującego w strukturach. Przed wstąpieniem i w pierwszych latach członkostwa „kompatybilność” kwitła w wypowiedziach polityków, a wojskowi powtarzali to słowo z lubością, dodając co drugie zdanie „interoperacyjność”. Wtedy jednak sprawa wydawała się prosta: zasady i technologie stosowane na Zachodzie miały być wzorem dla naszego kraju.

W istocie nasze przygotowania i wejście do NATO były pierwszym testem kompatybilności w szerokim rozumieniu. Odpowiedzią na pytanie, na ile polska armia, system bezpieczeństwa i struktury państwowe pasują do standardów Zachodu.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej