Nosił się elegancko, palił fajkę, przedstawiał się jako angielski dziennikarz, co sprawiało, że kiedy jeździł po kraju, chętniej z nim rozmawiano, zwłaszcza na tematy, po które przyjechał. W 1946 i 1947 r. Mordechaj Canin bywał nie tylko w Łodzi czy w Warszawie, ale też w Lublinie, Ozorkowie, Częstochowie, Białymstoku i Kazimierzu nad Wisłą, słowem: w miejscach, gdzie jeszcze kilka lat wcześniej kwitło życie żydowskie. Pisał o tym, co widział i co mu opowiedziano, notował całe rozmowy i urywki zdań, gadał z ludźmi na stanowiskach i z tzw. prostym człowiekiem. Reportaże drukował w „Forwerts”, amerykańskim dzienniku w języku jidysz, który po wojnie – nim przekształcił się w tygodnik – gromadził setki tysięcy czytelników.

Myślę, że czytelnicy Canina nie mogli spać, a wielu otwierał się nóż w kieszeni. Mam wrażenie, że nie podkręcał i nie koloryzował. Przeciwnie – za każdym spalonym węgłem szukał nadziei. Wymierzał razy tym, którym się należało, nie bacząc na narodowość czy wojenne losy. Był w reportażach i zapiskach bezlitośnie sprawiedliwy. Jego wydana ostatnio po polsku książka „Przez ruiny i zgliszcza” to literatura pisana nierzeczywistą pustką, tłustą sadzą krematoriów i zastygającą krwią.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej