„O zmarłych - tylko dobrze” - mawiali Rzymianie. Gdy wypada wspomnieć mec. Jana Olszewskiego, ja, choć nie Rzymianin, nie muszę się do tego zmuszać. To dzięki niemu 40 lat temu wyplątałem się z uścisku SB i zostanę jego dłużnikiem póki życia.

To głównie on, wraz ze swoim przyjacielem Janem Strzeleckim, pochylił się z fachową troską wybitnego adwokata związanego z opozycją demokratyczną nad losem zastraszonego przez bezpiekę gamonia i pomógł mi pozbyć się za jednym zamachem strachu i głupoty. 

Zwróciłem się bowiem do Olszewskiego latem 1977 r. z prośbą o pomoc po próbie zwerbowania mnie do współpracy przez SB.

W maju na Starym Mieście zerwałem i podarłem flagę czerwoną zdobiącą kamienicę tuż przez 1 maja. Protokół wykroczenia spisano na komisariacie Milicji Obywatelskiej przy Jezuickiej, po czym w lipcu wezwano do tzw. Pałacu Mostowskich, czyli do komendy wojewódzkiej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej