Rachunek za abonament BBC był jednym z pierwszych listów, które wpadły przez dziurę w drzwiach do mojego nowego domu w Wielkiej Brytanii. Zawahałem się: a może odciąć telewizję w ogóle? Tak zrobiłem dawno temu w Polsce, gdzie po kwadransie przed ekranem nieodmiennie czuję głęboką potrzebę wzięcia kąpieli, więc wezwania do płacenia abonamentu brzmią dla mnie jak propozycje codziennej dostawy kiszonych skarpet.

Nie trzeba dodawać, że telewizja publiczna prowadzi w tym wyścigu. Już za czasów rządów PO-PSL-SLD była tak skomercjalizowana, jak bezwzględnie głupia, by po 2015 r. pod rządami Jacka Kurskiego zamienić się w koszmar, który powoduje, że gdybym był nauczycielem, to niegrzecznym dzieciom w formie kary wymierzałbym oglądanie „Wiadomdłości” TVP.

Do zapłacenia licencji BBC przekonał mnie nadruk na kopercie. „W Zjednoczonym Królestwie spędzamy prawie 24 godziny tygodniowo, oglądając telewizję” - głosił. Skoro mam być korespondentem prasowym, pomyślałem, nie mogę przecież omijać doby z każdego tygodnia życia przeciętnego obywatela lub obywatelki tego społeczeństwa.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej