Tak jak Paweł Adamowicz urodziłem się w 1965 r. Śmierć prezydenta Gdańska to dla mnie wydarzenie pokoleniowe. Kiedy wybuchła „Solidarność”, mieliśmy po 15 lat. Uwiodła i ukształtowała nas rewolucja.

Zamach dokonał się w dniu finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która w Polsce po 1989 r. była praktyczną realizacją idei „Solidarności”. Jeżeli ewangelizatorzy spod znaku Radia Maryja tego nie rozumieją, proszę otworzyć naszą świętą księgę i doczytać. Piszę „naszą”, ponieważ jestem wierzący.

Ktoś musi być odważny

Stocznia Gdańska została na zawsze w mojej głowie od chwili, kiedy zobaczyłem dokument „Robotnicy ’80”. Jedna scena była kluczowa. Kobieta pod bramą mówi: „Niech oni sobie nie myślą, że jesteśmy tacy ciemni, że nam chodzi tylko o chleb i kiełbasę”. To była rewolucja godności. Robotnicy stanęli w obronie suwnicowej Anny Walentynowicz zwolnionej dyscyplinarnie trzy miesiące przed emeryturą za „ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych”. Tamten czas kojarzył mi się zawsze z odwagą.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej