W krystalicznie czystej wodzie, nad bajecznie barwną rafą koralową szamoce się żółw z foliówką na głowie. Konik morski uwiesił się plastikowego patyczka do uszu. Surfer wpływa pod załamującą się falę, która wywraca do góry nogami stertę plastikowych kubeczków, torebek, folijek, maszynek do golenia, pudełek. Plaża, a na niej wyrzucone przez fale foki i ptaki - bezradne, bo zaplątane w plastikowe wnyki. Takimi zdjęciami najczęściej światowe media ilustrują artykuły o plastikowej zupie, czyli o olbrzymiej połaci śmieci, która krąży po Pacyfiku między Kalifornią a Hawajami.

Zajmująca się oczyszczaniem mórz fundacja The Ocean Cleanup szacuje, że jej powierzchnia jest równa powierzchni dwóch stanów Teksas albo trzech krajów takich jak Francja. Żeby ją zmierzyć, naukowcy potrzebowali ponad 30 łodzi, ponad 650 siatek rybackich, a na końcu jeszcze musieli nad zupą przelecieć samolotem. Oszacowali również jej wagę (waha się od 1,15 do 2,41 mln ton) i liczebność. Po Pacyfiku dryfuje ponad 5 trylionów odpadów, z czego plastikowych jest 1,8 tryliona.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej