Wspólnota jest podstawą życia zbiorowego. Polityka ma sens tylko wtedy, gdy istnieje grupa ludzi, którzy chcą wspólnie kierować swoim losem. Jeśli wspólnota zanika, polityka traci kierunek i energię – zamiast rozwiązywać problemy ludzi i kształtować zbiorową przyszłość, staje się walką plemion o to, które narzuci pozostałym swój prymat. Taka polityka wypycha z życia publicznego obywateli umiarkowanych, a tych zaangażowanych jeszcze bardziej zamyka w ich plemienności. Efektem jest przejście od utajonego do otwartego konfliktu społecznego, a dalej do przemocy politycznej. U źródła konfliktu zawsze leży kryzys wspólnoty.

Z taką polityką mamy do czynienia w Polsce od 1989 r., i nie jest to krytyka moralna III RP – zawieszenie wspólnoty w imię postępu to naturalna cecha krajów transformacyjnych. Nagłość, nieodzowność i tempo przemian były zbyt duże, by ich przebieg dało się zaplanować, a co dopiero wspólnotowo uzgodnić. A nawet gdyby był na to czas, nie mieliśmy ram, w których można było to zrobić. Jedyną wspólnotą polityczną dostępną w 1989 r. był skompromitowany PRL, III RP dopiero się rodziła.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej