Śnieg spadł w nocy.

Wyjrzałem przez okno na piętrze. Szczątki piaskownicy, na wpół zgniłe węgierki, psia kupa, rabatki po zdechłych bratkach, opona od ursusa robiąca za kołpak na szambo – wszystko pokrywała biała połać. Do szkoły biegłem jak na skrzydłach. Pierwsza lekcja 11.45. Słońce już nisko, za to biel wysoko, prawie po kolana. Kiedy wybiegaliśmy z zatęchłej szatni – dwie matmy jedna po drugiej na koniec dnia, tego by minister Zalewska nie wymyśliła – nie powstrzymała nas nawet perspektywa spóźnienia na „Było sobie życie”.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej