Śnieg spadł w nocy.

Wyjrzałem przez okno na piętrze. Szczątki piaskownicy, na wpół zgniłe węgierki, psia kupa, rabatki po zdechłych bratkach, opona od ursusa robiąca za kołpak na szambo – wszystko pokrywała biała połać. Do szkoły biegłem jak na skrzydłach. Pierwsza lekcja 11.45. Słońce już nisko, za to biel wysoko, prawie po kolana. Kiedy wybiegaliśmy z zatęchłej szatni – dwie matmy jedna po drugiej na koniec dnia, tego by minister Zalewska nie wymyśliła – nie powstrzymała nas nawet perspektywa spóźnienia na „Było sobie życie”. Bitwa na śnieżki była intensywna – obrońcy nie chcieli łatwo sprzedać bastionu stanowiska u szczytu wykopu pod nowy kwartał willi.

To był chyba 1987 rok. Piąta, może szósta klasa podstawówki. Z tak szczenięcych lat pamiętamy niewiele. Może więcej niż z przedszkola, ale to wciąż tylko migotliwe obrazy, pojedyncze kadry. Mało ich wraca. Pierwsza radziecka kolarka, dycha z generałem Bemem, którą starsze chłopaki płaciły za ostatnią stronę „Żołnierza Polskiego” (o co im chodzi z tymi piersiastymi kobietami?), walkman od ciotki z Francji. I tamta zima. Jeden z najwyraźniejszych flashbacków.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej