„Wolałabyś, żeby ścigał cię zawodowy morderca czy jakiś psychol z pianą na ustach wywijający tasakiem?” – pyta Adam McKay, reżyser i scenarzysta filmu „Vice”. I odpowiada: „Ja wolałbym psychola z tasakiem”.

Zawodowy morderca to Dick Cheney, były wiceprezydent i tytułowy bohater filmu. Psychol to Donald Trump.

Można inaczej: „Kto bardziej szkodzi demokracji – obdarzony zaufaniem establishmentu i szanowany przez media stary polityczny wyjadacz czy klaun wyszydzany nie tylko przez elity i prasę, ale nawet przez swoich współpracowników?”.

Albo: „Wolicie, żeby demokrację łamano przez Twittera czy z pomocą tajnego programu tortur?”.

Te pytania, pisząc o „Vice”, stawia publicystka „New York Timesa” Maureen Dowd. Film, który zdobył sześć nominacji do Złotych Globów i wszedł wczoraj do polskich kin, wywołuje w Stanach nową, inną dyskusję o Trumpie. Każe zadać pytanie, czy nieprzerwana histeria medialna, która towarzyszy jego prezydenturze, nie utrudnia czasem trzeźwej oceny faktów. Czy Donald rzeczywiście jest taki zły i niebezpieczny, jakim go malują – szczególnie w porównaniu z ekipą, która rządziła w całkiem niedawnej przeszłości? Jaki świat i Amerykę zostawili po sobie George W. Bush i Cheney, a jakie zostaną po Trumpie?

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej